replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - Artykuł 33
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Artykuł 33

Jerzy Żyżyński

Banki a sprawa polska

 

Ostatnio, w kryzysie, jaki dotknął światowy system finansowy, w tym także globalne banki, które przejęły część polskiego systemu bankowego, niektórzy politycy zaczęli „przebąkiwać” o przywróceniu banków Polsce – nazywano to zgrabnie „udomowieniem” lub „repolonizacją” banków. Ale kwestia ta może budzić wątpliwości: - o co chodzi? – Zapewne jak zwykle, gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Ale by wyrobić sobie jakąś w miarę racjonalną opinię w tej kwestii, trzeba po pierwsze wyjaśnić, czym stał się bank w tym systemie dominacji kapitału zagranicznego – bo często bardzo powierzchownie rozumie się rolę banków w gospodarce.

Bank to tzw. instytucja pośrednictwa finansowego, jego rolą jest przekazywanie środków od tych, którzy gromadzą oszczędności, do tych, którzy biorą w różnej formie kredyty. Korzystanie z kredytów jest czasem piętnowane, jako dowód niegospodarności, życie na kredyt, zadłużanie się na koszt przyszłych pokoleń. Ale takie opinie wynikają z niezrozumienia, że przecież oszczędzanie nie miałoby sensu, gdyby jednocześnie nie było takich, którzy wezmą kredyt. Samo oszczędzanie byłoby dla gospodarki szkodliwe, bo oznaczałoby zatrzymanie, zamrożenie części siły nabywczej, brak popytu, w efekcie przedsiębiorcy nie znaleźliby zbytu na swe produkty, oni i ich pracownicy nie zarobiliby pieniędzy, gospodarka wpadłaby w kryzys. Jeśli pieniądze oszczędzających są przekazywane kredytobiorcom, to siła nabywcza wraca do gospodarki i to podtrzymuje obracanie się jej trybów.

Warto tu przy okazji dodać, że na ogół, a zwłaszcza w warunkach kryzysu, dopływ oszczędzanych pieniędzy do systemu finansowego jest słabszy niż ich odpływ w formie udzielanych kredytów. Dlatego dla spójności i stabilności gospodarki ważne jest, żeby jednym z takich podmiotów przywracających gospodarce środki niewykorzystywane w wyniku oszczędzania, było państwo, finansujące swój deficyt obligacjami, kupowanymi przez banki lub inne instytucje finansowe, albo przez osoby prywatne. To powinno się traktować jako normalne i w pewnych racjonalnych granicach pożądane (niezrozumienie tego stało się źródłem błędnej koncepcji tzw. paktu fiskalnego, który chce na europejskich państwach wymusić równoważenie budżetów).

Ci, którzy lokują oszczędności w banku, stają się jego wierzycielami, nazywamy ich deponentami (a nie depozytariuszami, jak czasem się mówi). W bilansie, czyli zestawieniu tego, co bank posiada i jak to zużytkowuje, środki deponentów są zapisywane w pasywach i stanowią w sensie księgowym to, co nazywa się kapitałem obcym banku – stanowi on ponad 90% pasywów i został zgromadzony w wyniku tego, że ludzie, przedsiębiorstwa, instytucje zawierzyły swoje środki bankowi. Poza tym bank dysponuje kapitałem własnym – stanowi on zwykle do 10% całości kapitału banku. Jeśli bank jest spółką akcyjną, to kapitałem własnym są akcje rozdysponowane między różnych właścicieli.

Trzeba pamiętać, że kapitał jest zapisany w pasywach i stanowi zobowiązania banku, nie można zatem kapitałem nazywać aktywów – czasami spotyka się takie na przykład błędne określenie: „udział kapitału zagranicznego w aktywach sektora bankowego” – to po prostu nie ma sensu. Ale ta drobna cząstka pasywów, jaką jest jego kapitał akcyjny, daje uprawnienia właścicielskie do dysponowania kapitałem obcym, do określania poziomu stóp procentowych za włożone depozyty i pobrane kredyty, oraz do dysponowania osiągniętym zyskiem.

Jeśli mający swego czasu w Polsce władzę politycy, sprzedali nasze banki, to de facto za niewielkie pieniądze oddali te kilka, do 10% kapitału własnego banków, i w wyniku tego po pierwsze oddali prawo do decydowania, co się dzieje z naszymi, trzymanymi w tych bankach depozytami, czyli komu i na jakich warunkach udzielane są kredyty, a po drugie, co będzie działo się z zyskami wypracowanymi przez bank i po trzecie, jak realizowane są różne koszty jego funkcjonowania itd.

Nasze depozyty na początku są po prostu wpłaconą gotówką, złożoną w jego kasie – ta gotówka stanowi tzw. „niepracujące aktywa” banku. Te środki muszą jednak przynosić dochód na sfinansowanie kosztów funkcjonowania i dla wypracowania zysków i w tym celu bank uaktywnia je, udzielając kredytów lub inwestując w inne formy pożyczek.

Zysk powstaje dzięki różnicy między oprocentowaniem kredytów a oprocentowaniem depozytów i w wyniku realizacji różnych innych operacji finansowych. W Polsce ta różnica oprocentowań, zwana marżą bankową, jeśli uwzględnimy oprocentowanie zadłużenia na kartach kredytowych, sięga nawet 20% - horrendalnie dużo; łącznie z prowizjami może być nawet więcej (w pierwszym półroczu tego roku banki na odsetkach zarobiły 17,9 mld, a na prowizjach 7,2 mld zł). Banki osiągają zatem bardzo wysokie zyski. Prezes NBP zapewniał co prawda, że nadzór finansowych pilnuje, by nie były one transferowane za granicę, ale przecież istotne jest też, jakie bank ponosi koszty, ile płaci swoim pracownikom, jakie są inne jego koszty – na przykład na rzecz większej struktury, której częścią się staje – nazywamy ją „bankiem matką”. Mogą to być koszty z tytułu używania marki, koszty konsultacji, koszty reorganizacji, koszty bardzo wysokich wynagrodzeń personelu zagranicznego, koszty zainstalowanego oprogramowania specjalistycznego itd. Te koszty oznaczają odpływ części wypracowanego w Polsce dochodu – podobnie zresztą postępują inne przedsiębiorstwa sprzedane kapitałowi zagranicznemu, sieci handlowe itp. – w efekcie bank może wykazać bardzo niskie zyski (wiele firm w wyniku takich manipulacji w ogóle nie wykazuje zysków i nie płaci podatków dochodowych, niskie są także wypłacane akcjonariuszom dywidendy), ale faktycznie zyski są przecież osiągane i transferowane, czyli przeniesione za granicę, jako dochody innych powiązanych podmiotów – nazywa się to kosztami transferowymi.

Ten fakt ukrywania zysków jest poważnym argumentem na rzecz opodatkowania banków w innej formie niż zwykłym podatkiem od zysków. W polityce fiskalnej realizuje się zasadę, że w sytuacji, gdy ktoś, kto powinien ponosić ciężar na rzecz dobra publicznego proporcjonalnie do swych dochodów, unika tego ukrywając dochody, to opodatkowuje się jego majątek, o którym wiadomo, że jest źródłem tego ukrywanego dochodu.

Co to jest zatem majątek? W przypadku zwykłych przedsiębiorstw na majątek ogólny składa się majątek trwały i obrotowy, ujęte w jego bilansie po stronie aktywów; aktywami i majątkiem sieci handlowych jest powierzchnia sklepowa i leżące na półkach towary, oczywiście też budynki, półki, sprzęt itd. Natomiast w przypadku banku najważniejszymi aktywami poza gotówką trzymaną w kasach i sejfach są kredyty i różne lokaty dokonane przez bank. Ale te kredyty są udzielane ze środków deponentów, czyli nie z własnych pieniędzy banku, zatem trudno nazywać to jego majątkiem. Dlatego w tym przypadku znaczenie podstawowe ma majątek własny, który stanowią aktywa minus zapisane po stronie pasywnej zobowiązania - czyli głównie różne formy depozytów. Wielkość ta jest równa temu, co po stronie pasywnej tworzy kapitał własny. Zwolennicy opodatkowania banków rozważają dwie możliwości: opodatkować aktywa pracujące, albo majątek własny. Jednakże, skoro bank obraca cudzymi pieniędzmi, to powinniśmy ostrożnie podchodzić do opodatkowania jego aktywów pracujących. Dlatego uważa się też, że opodatkowanie aktywów powinno się uzależnić od wielkości marży bankowej – to raczej nią się zająć, bo skoro bank zarabia na nie swoich pieniądzach, jego deponenci otrzymują jakieś marne, zgniłe odsetki za swe oszczędności, to państwo powinno zająć się tą marżą, na której bank osiąga swe rzeczywiste, także te ukrywane dochody. Zatem jedno, co nie ulega wątpliwości to to, że do podatkowania banków trzeba podchodzić bardzo rozważnie.

Problem z własnością banków polega na tym, że gdy pozbyliśmy się ich kapitału akcyjnego, to tym samym oddaliśmy w ręce niepolskich władz banków decyzje o tym, jak nasze oszczędności są wykorzystywane, czy finansują polską gospodarkę, czy są „uaktywniane” w inny sposób, dostarczając środków finansowych jakiejś innej gospodarce lub sektorowi publicznemu – polskiemu lub innemu. Bo oprócz kredytów aktywami banku są różny inne formy pożyczek: mogą to być obligacje polskie lub innych państw - na przykład obligacje rządów Grecji, Włoch czy Hiszpanii, albo Niemiec oraz obligacje przedsiębiorstw.  Wtedy nasze pieniądze finansują obywateli innych państw.

O tym, jaka jest polityka realizowana przez banki, decydują jego kadry. Jest znamienne, że 17,2% osób w zarządach polskich banków to osoby przysłane z zagranicy. Jednakże w prawie połowie banków zarządy są odsadzone przez osoby o czysto polskich nazwiskach – nawet, jeśli banki są własnością zagraniczną; w tych bankach, które w swych zarządach mają menedżerów przysłanych z zagranicy, ich udział stanowi 34%. Ale czysto polski skład zarządów jest także w bankach będących własnością zagraniczną – wtedy ich funkcjonowanie kontrolują rady nadzorcze. W radach nadzorczych ogólny udział osób z zagranicy stanowi ponad 47%. Czysto polskie składy rad nadzorczych - to już tylko ponad 24%, a w radach nadzorczych kontrolowanych przez osoby z zagranicy ich udział stanowi prawie 63%.

Wypływowi środków za granicę stara się częściowo zapobiegać nadzór finansowy i różne państwowe regulacje, ale wchodząc do Unii Europejskiej poddaliśmy się jej regulacjom i dogmatowi swobody przepływu kapitałów wewnątrz Unii. Zatem nie na wszystko możemy mieć wpływ – zwłaszcza właśnie w sytuacji, gdy pozbyliśmy się znacznej części sektora bankowego.

Na tym ogólnym tle możemy się teraz zastanowić, na czym polega problem tzw. repolonizacji” czy „udomowienia” banków. Na świecie kryzys bankowy polega na tym, że część jego w różnej formie uaktywnionych środków okazało się tzw. złymi kredytami”, albo „zgniłymi obligacjami” – oznacza to, że ci, którzy otrzymali od banków pieniądze nie są w stanie ich zwrócić, zalegają ze spłatami swych zobowiązań – pieniądze deponentów banków, nasze pieniądze znikają. Ostatnio sytuacja ulega pogorszeniu: od stycznia do czerwca tego roku wartość zagrożonych kredytów przedsiębiorstw wzrosła z 27,6 do 30,2 mld zł., czyli prawie 10%, choć zyski banków wzrosły. Jak widać dla przedsiębiorców sen o zielonej wyspie się kończy, ale banki trzymają się nieźle – obracając naszymi pieniędzmi.

Najgorsza sytuacja ma miejsce wtedy, gdy banki część swych środków inwestują na rynku akcji lub w tzw. instrumenty pochodne – mogą to być źródła zysków, ale może się też zdarzyć – i w przypadku wielu banków i instytucji finansowych na Zachodzie właśnie się zdarzyło – że te walory nagle tracą na wartości i strona aktywna banków nie dość, że nie dostarcza zysków, to nie równoważy jego zobowiązań. W efekcie bank może nie być w stanie sprostać żądaniom wypłaty gotówki, jakie zgłaszają deponenci – i to jest sytuacja bankructwa. Tzw. dokapitalizowanie banków przez różne państwa polegało na dostarczeniu im środków w formie gotówki – czyli polegało to na zwiększeniu strony pasywnej – władza publiczna zwiększa zatem kapitał w części zaliczanej do kapitału własnego (staje się współwłaścicielem banku), zależnie od decyzji o formie dokapitalizowania, ale po to, by bank miał środki płynne (gotówkę) na wypełnianie swych zobowiązań, by nie doszło do tzw. „runu na banki”. Ludzie bardzo pochopnie sprzeciwiają się ratowaniu banków w kłopocie, sądząc, że jest to „wydawanie pieniędzy podatników” na ratowanie nieudolnych bankierów. Nie mają racji, bo po pierwsze, faktycznie zwykle odbywa się to poprzez wykorzystanie środków wyemitowanych przez banki centralne, nie są to zatem nasze podatki, a po drugie ludzie po prostu nie rozumieją, czym faktycznie jest bank. Jest bardzo ważne, by rozumieć, że bank to de facto złożone w nim depozyty obywateli, firm itd. Zgoda na upadek banku oznaczałaby zgodę na utratę tych środków przez jego deponentów – tylko w części skompensowałyby te straty gwarancje rządowe – a przecież w przypadku ich uruchomienia byłyby to już rzeczywiste pieniądze podatników.

Kłopoty banków mogą mieć różne przyczyny, mogą wynikać z tego, że naudzielały wielu kredytów podmiotom, które okazały się niewypłacalne – kredyty okazały się tymi wspomnianymi „złymi kredytami”. Mogły to być na przykład kredyty hipoteczne, kredyty dla przedsiębiorców, którzy pobankrutowali, ale też mogły to być obligacje, co do których istnieje wątpliwość, czy zostaną wykupione przez tych, co je wyemitowali. Polski nadzór bankowy stara się kontrolować aktywność banków, niemniej jednak można się obawiać, że wielki bank, którego częścią jest jego polska filia może różnie manipulować udzielaniem kredytów, skupiając zdrowe kredyty w swej centrali, a aktywa wątpliwe w filiach – kierując po prostu do peryferii pewnych kredytobiorców – ułatwia im to unijna zasada swobody przepływu kapitałów.

I teraz: jeśli banki miałyby takie „chore aktywa”, to kwestia ewentualnej sprzedaży czy odkupienia banku stoi w zupełnie innym świetle. Obrazowo mówi się, że ktoś chce sprzedać „szafę z trupem wewnątrz”. Propozycja repolonizacji banków jest o tyle ryzykowna, że po prostu nie mamy pewności, co znajduje się w szafie. Wielki bank zagraniczny zawsze kalkuluje zyski lub straty na każdej transakcji. Jeśli pozbywałby się części aktywów – w tym przypadku takim wyzbywanym aktywem byłaby jego polska filia - to zapewne z dwóch możliwych powodów. Po pierwsze dlatego, że te jego polskie aktywa już nie przynoszą zysków lub istnieją podstawy by sądzić, że nie przyniosą ich przyszłości - ten wzrost „złych” kredytów może być tego sygnałem. Moglibyśmy zatem kupić „trupa w szafie”. Wyszlibyśmy oczywiście jak przysłowiowy Zabłocki na mydle: w odkupionej szafie mogą być ekonomiczne trupy. Ale jeśli jednak zawierzymy statystykom i zła jakość kredytów nie jest tym motywem wyprzedaży banków, to istnieje inne ekonomiczne uzasadnienie.

Przyczyną pozbywania się polskich filii zagranicznych banków może być zatem po drugie to, że banki globalne potrzebują pilnie zastrzyku finansowego, by poprawić swą – jak to się mówi - sytuację płynnościową, czyli potrzebują gotówki. Pozbywanie się majątku jest najprostszym sposobem zdobycia pieniędzy. Wtedy chodziłoby o to, by polski podatnik zasilił będące w kłopocie zagraniczne banki – i tu jest, jak mówi stare porzekadło „pies pochowany”: chodzi po prostu o nasze pieniądze.

Oczywiście wyprzedaż banków była błędem, realizowana była przez miernych intelektualnie polityków i osoby po prostu ekonomicznie słabo wykształcone, nierozumiejące tego, co faktycznie robiły – pamiętamy, jak wtedy, gdy działała komisja sejmowa powołana za czasów sejmowej większości w rękach Prawa i Sprawiedliwości i jego koalicyjnych partii (Samoobrony śp. Andrzeja Leppera i  LPR-u), osoby te jak piskorze wiły się, by tylko wykręcić się od  przesłuchania przez tę komisję – nawet Trybunał Konstytucyjny w dziwny sposób skłonił się (ludzie pytają: czy skłoniono go?) do podjęcia ewidentnie sprzecznego z prawem wyroku o zwolnieniu ich z tego obowiązku.

Ale można się obawiać, że tego błędu nie da się odwrócić bez strat - czasami nawet nie jest pewne czy nie oznaczałoby straty nawet odkupienie chorych instytucji za symboliczną złotówkę, bo w szafie może być dużo trupów. A w gruncie rzeczy chodzi przecież o nic innego jak o to, by nasze oszczędności służyły polskiej gospodarce - jako udzielane przedsiębiorcom kredyty, jako kredyty udzielane polskim obywatelom na różne indywidualne cele (konsumpcyjne, hipoteczne itd.) i jako pożyczki udzielane polskiemu państwu - gdy część swych aktywów banki lokowałyby w obligacjach finansujących wydatki budżetu państwa lub samorządów. I chodzi o to, by zyski wypracowywane przez operowanie naszymi oszczędnościami pozostawały w Polsce, a nie były transferowane za granicę. Trzeba też stworzyć z naszej strony, strony polskiego państwa, warunki rozwoju i względnej niezależności od globalnej sieci wpływów finansowych. Polskie państwo powinno zatem wspierać istniejące polskie instytucje finansowe (na przykład SKOKI-i, bezsensownie blokowane przez regulacje przegłosowane przez PO), a do kwestii „repolonizacji” banków – trzeba podchodzić z ostrożnością, dokładnie kalkulować zyski i straty.

Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło