replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - Artykuł 8
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Artykuł 8

dr Piotr Łysakowski
SIERPNIÓWKI - artykuł zamieszczony w Biuletynie AK

Sierpniówki
Piotr Łysakowski
„ […] Kilkunastu bandytów opanowało także posterunek MO. Fajera i Mastalerza zawlekli do budynku Urzędu i zaczęli torturować. Na widok zbliżającego się wolno >>Mercedesa<< zakneblowali im usta. Sindin i Szafian wpadli w zasadzkę. Wszystkich […] wyprowadzili przed budynek, ustawili obok samochodu i rozstrzelali. Łączniczka >>Żelaznego<< - >>Inka<< dobiła ich z pistoletu, […] Wkrótce potem bandę >>Łupaszki<< dosięgła ręka sprawiedliwości. >>Żelaznego<< rozerwał granat dobrze wymierzony przez milicjanta z Komendy Powiatowej w Sztumie. >>Inka<< i drugi łącznik, bandy >>Zagończyk<<, stanęli przed sądem w Gdańsku, który skazał ich na karę śmierci. […] Wpadł wreszcie i sam >>Łupaszko<<- rotmistrz kawalerii z Wilna. Otrzymał najwyższy wymiar kary.”

To co można wyżej przeczytać to od początku do końca zafałszowany obraz Polski z roku 1945 / 1946 i lat późniejszych zamieszczony w książce „Towarzyszom walki MO – W XV rocznicę Milicji Obywatelskiej”, która zredagowana była przez ppłk Henryka Gutowskiego. „Żołnierzom Wyklętym” takim jak: „Żelazny”, „Łupaszko”, „Zagończyk”, bohaterska „Inka”, w Polsce Ludowej jak widać, odbierano nie tylko życie ale próbowano odebrać honor przedstawiając jako bandytów, zwykłych przestępców, wrogów Polski współpracujących przeciwko Niej, właśnie, ręka w rękę z Niemcami. Mam w dyspozycji liczne relacje opisujące jak przewożonych z więzienia do więzienia politycznych skazańców, żołnierzy AK, przebierano w niemieckie mundury informując miejscową ludność, że przewozi się volksdeutschów i niemieckich morderców. Co charakterystyczne, zarazem rzeczywiści/ realni zdrajcy Narodu Polskiego, współpracownicy Gestapo i równocześnie komunistów, mający właśnie na rękach krew konspiratorów (nawet tych z najwyższych szczebli wtajemniczenia –zainteresowanych odsyłam do lektury uzasadnień wyroków na Ludwika Kalksteina i Blankę Kaczorowską) i ocalałych z „Zagłady” Żydów, a także pospolite przestępstwa kryminalne mogli liczyć się z pełną przychylnością UB a potem SB i a w ostatecznym rozrachunku także i sądów „Polski Ludowej”.
„ […]

Chodziło więc […] o bliższe dane o takich osobach jak handlujący walutą jubilerzy itp. Miałem też od >>Aleksandra<< (to jeden z konspiracyjnych pseudonimów Hrynkiewicza członka dowództwa kolaborującego z Gestapo „Miecza i Pługa” i komunistycznego agenta, po wojnie urzędnika UB i KC PZPR – P.Ł.) polecenie wyszukiwania ukrywających się Żydów, którzy – jak mi powiedziano – mieli być najpierw obrabowani później likwidowani […].”

Część ze skazywanych próbowała heroicznie, ale nieskutecznie wobec wszechogarniającego bezprawia i wszechwładzy bezpieki, bronić dobrego imienia swoich kolegów, struktur Państwa Podziemnego i swojego własnego. Ich opór opierał się na wierze, fałszywej jak się okazywało, w istnienie prawdy obiektywnej jak i w to, że bronili swoją działalnością, pracą a w końcu także krwią wolnej i suwerennej Polski. Prawda obiektywna, niestety, w wyrokach sądów „Polski Ludowej” ferowanych w odniesieniu do bohaterów podziemia nie istniała. Bo jak mogła istnieć, kiedy podstawowym argumentem na czyjąś uczciwością lub jej brakiem był argument przynależności do PPR i AL.

„[…] Nie jest również prawdą, by ludzie aresztowani przez oskarżonego […] byli pospolitymi przestępcami. Należeli oni bowiem do PPR. i AL. […]”.

Niejednokrotnie więc, wobec wszechobecnej ofensywy kłamstwa, której byli celem i trudów życia więziennego nie udawało im się wytrwać w swej niezłomnej postawie:

„[…] Wychowany bowiem w atmosferze drobnomieszczańskiej […] nie miałem szczęścia włączyć się w prawdziwie demokratyczny ruch klasy robotniczej, który uzbroiłby mnie w należytą odporność i czujność na działania różnych klik politycznych. Toteż kiedy w pierwszych latach wojny […] szukałem drogi do prawdziwie patriotycznej organizacji – zostałem pod płaszczykiem celów charytatywnych wprowadzony do związku, który, jak się później okazało, służył złej sprawie. […]” pisał, odwołując się od wyroku jeden ze skazanych. Nie zmienia to faktu bohaterskiego przejścia przez dramatycznie trudne chwile śledztwa. Część (nie tak duża zresztą, jeśli brać pod uwagę sposoby „wydobywania” z nich zeznań obciążających) ulegała i składała zeznania zgodne z życzeniami oprawców z UB jeszcze w trakcie przesłuchań, lub później, ratując życie lub prosząc o darowanie reszty zasądzonej z naruszeniem prawa kary. Nie nam ich oceniać. Należy o tym jednak przypominać, pokazując jak „system” potrafił niszczyć najuczciwszych i najszlachetniejszych ludzi.

Z punktu widzenia sięgających wówczas, z pomocą ościennego mocarstwa, po władzę nie można było inaczej. Chcieli i musieli bić, wymuszać, nie mogli reagować na protesty przeciwko łamaniu prawa i ludzkich charakterów, byli bowiem z innego świata niż ci przesłuchiwani, poniewierani i bici przez nich żołnierze podziemia. Byli bowiem „z nieprawego łoża” i mieli pełną tego świadomość, że u podstaw ich politycznych karier stało „kłamstwo katyńskie” i „sowieckie bagnety”, „Jałta” i jak już wyżej wspomniałem niejednokrotnie także zwykłe przestępstwa kryminalne. Trafnie oceniali ich wtedy, gdy rozpoczynali swe polityczne „kariery” w tajnym (a więc raczej nie manipulowanym) dokumencie Niemcy:

„[…]PPR – to znów przywołana do życia przed rokiem na rozkaz Moskwy KPP […] – Pracuje ona przede wszystkim z elementami kryminalnymi uciekinierami – jeńcami bolszewickimi. Prowadzona przez Żydów, elementy te są używane do celów sabotażowych. W społeczeństwie polskim PPR napotyka głęboką niechęć dzięki doświadczeniom okupacji bolszewickiej […] Swoją reputację zawdzięcza ona przede wszystkim aktom sabotażowym i różnym napadom bandyckim […]”.

Tak więc ich wizerunek musiał, w otaczającej ich rzeczywistości i oczach Polaków, przegrywać z obrazem walczących o Polskę bohaterów podziemia. Nie wytrzymywał „konkurencji”, bo w normalnych warunkach nie mógł jej wytrzymać. „Narodziny Systemu Władzy” czyli powstanie „Polski Ludowej”, poprzedzone potężnym wysiłkiem organizacyjnym i propagandowym, organizowanym przez Rosję rządzoną przez Józefa Stalina, były procesem długim. Warto przy tym postawić pytanie na ile opisywane zdarzenia były efektem własnych inicjatyw „polskich” komunistów, na ile zaś były dyktowane przez Generalissimusa i jego tajne służby. Nie rozwiążemy w tym miejscu tego problemu, warto jednak zastanowić się na nim. Wspomniane wyżej działania „organizacyjne i propagandowe” polegające na „uprzątnięciu” istotnych z punktu widzenia komunistów i wrogich im (obiektywnie lub subiektywnie) jednostek, grup społecznych, struktur mogących utrudniać im lub w ogóle uniemożliwić przeprowadzenie planów skomunizowania/kolonizowania Polski, kumulowały się w „aktywnej bierności” wobec dramatu walczącej w sierpniu 1944 roku Warszawy i agresywnej (ukazanej krótko wyżej) działalności propagandowej wobec „wrogów ludu” czyli tych, którzy chcieli Polski wolnej, suwerennej, a także„zbrodni katyńskiej” co zresztą dostrzegał w momencie jej rozgrywania (04.1943 roku) Jozef Goebbels, gdy pisał:

„ […] Polecę ściągnąć tam również polskich intelektualistów. Niech przekonają się na własne oczy co ich czeka, gdyby rzeczywiście spełnić się miało wielokrotnie przez nich żywione życzenie, aby bolszewicy pobili Niemców […]”.

Realizacja tych, przestępczych wobec Polski i Polaków planów, jak się okazało, nie gwarantowała od razu w pełni oczekiwanego sukcesu. Już wczesny okres instalowania „nowej władzy” pokazał, że będą z tym poważne problemy. Trzeba było więc przedsięwziąć kroki, które komplikacje te miały w znaczny sposób ograniczyć i w sposób istotny wzmocnić powstające struktury państwowe i równocześnie zohydzić i ośmieszyć wroga. Czyniono to wielopłaszczyznowo.

Pierwszym ruchem, mającym zapewnić sukcesy w budowie „socjalistycznej ojczyzny” była podjęta dość szybko po „wstępnej” instalacji nowej władzy wymiana kadr w wymiarze sprawiedliwości. Nie dało się tego zrobić całościowo, ale uderzenia w „kapitalistyczne złogi” były na tyle silne, że pracownicy wymiaru sprawiedliwości, którzy nie zostali wyrzuceni z pracy albo zamknięci do więzień dość szybko przystosowali się do „nowych warunków” pracy. Sędzia Aleksander Rysiński pisał o potrzebie zmian w aparacie wymiaru sprawiedliwości co następuje:

„[…] Chodzi o to aby zerwać opaskę z oczu naszej Temidy, aby wiedziała kogo sądzi -robotnika czy chłopa, bogacza miejskiego czy spekulanta, wroga klasowego czy jednostkę światopoglądowo przynależną do klasy robotniczej. Chodzi o to, by >>miecz<< naszej sprawiedliwości nie działał na oślep w myśl jakichś abstrakcyjnych i oderwanych od życia zasad, lecz potrafił w wirze ścierających się sił uderzyć całym swoim ostrzem we wroga klasowego. […]”.

Wiceminister sprawiedliwości w latach 1945 – 1949, Leon Chajn (były członek KPP i najwyższych władz państwowych PRL) mówił zaś o „niepokornych” pracownikach sądów i prokuratur w sposób następujący:

„[…] Ci muszą odejść z naszego z szeregów sądownictwa, bo w naszej Polsce prawo może stosować ten, kto rozumie i odczuwa potrzebę przewrotu. Zastąpią ich nowe młode kadry, które wyjdą ze zreformowanych uniwersytetów, ze specjalnych szkół prawniczych przygotowujących w trybie przyspieszonym młody narybek prawniczy.[…]”.

Równolegle do zastraszenia i „czyszczenia” struktur sądownictwa przystąpiono do „modyfikowania” obowiązującego prawa - jednym z głównych i podstawowych kierunków tej działalności było dostosowanie go do potrzeb chwili. Uchwalono więc dekret zwany sierpniowym [31 VIII 1944 r.] „O wymiarze kary dla faszystowsko – hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz zdrajców Narodu Polskiego”. W artykule 1. tego aktu prawnego pisano co następuje:

„Kto, działając na rękę władzy okupacyjnej niemieckiej,

• a) brał udział w dokonywaniu zabójstw osób spośród ludności cywilnej lub jeńców wojennych, w znęcaniu się nad nimi albo w ich prześladowaniu
• b) działał lub działa na szkodę osób przebywających na obszarze Państwa Polskiego, w szczególności przez ujęcie lub wywożenie osób poszukiwanych albo prześladowanych przez władzę okupacyjną z jakichkolwiek przyczyn (z wyłączeniem ścigania za dokonanie przestępstw pospolitych), podlega karze śmierci”.
Jak zwykle w przypadku prawnych konstrukcji „produkowanych” przez komunistów lub prawników od nich całkowicie zależnych, budowa i struktura tych zapisów była szczególna. Z jednej bowiem strony, wychodziła ona naprzeciw ogólnemu i w pełni uzasadnionemu wojennymi okrucieństwami okupantów, społecznemu zapotrzebowaniu zemsty na kolaborantach i niemieckich zbrodniarzach (zwróćmy tu uwagę na fakt, że nie było w „dekrecie” ani słowa o kolaboracji z Sowietami i ich zbrodniach na Polakach) i zaspakajała je, z drugiej zaś, w sposób oczywisty naruszała obecne w zachodnim systemie prawnym niezmienne zasady. W tym szczególnie tę o nie działaniu prawa wstecz. Obserwując tę komunistyczną aktywność zadajmy pytanie czy Polskie Państwo Podziemne nie „wyczyściły” kwestii kolaborujących i „uprawiających bandytyzm” w czasie wojny? Tak więc - czy były obiektywne podstawy (abstrahujemy to od „konieczności i prawdy etapu”, na które to okoliczności komuniści bardzo często się powoływali) do tak drastycznych działań.

Odpowiedź, oparta na statystyce przeprowadzonej przez Tomasza Szarotę, każe nam odpowiedzieć, że sprawa była zasadniczo przez struktury „Państwa Podziemnego”. Tak więc regulacje „prawne”, wprowadzane przez komunistów, były skierowane głównie przeciwko własnym wrogom politycznym. Wracając jednak do samego „dekretu” - naruszał on też w sposób jednoznaczny jeszcze jedną, kardynalną, zasadę prawa rzymskiego: „nullum crimen sine lege”, zgodnie z którą każdy czyn uznany po jego dokonaniu za przestępstwo powinien być w sposób wyraźny określony wcześniej przez prawo stanowione.

Tak więc, de facto, karane śmiercią lub wieloletnim więzieniem działanie na szkodę osób przebywających na obszarze Państwa Polskiego, mogło być cokolwiek co oskarżyciele i skład sędziowski zechcieli na podstawie przedkładanych przez UB materiałów śledczych za takie działanie uznać.

Wskazana wyżej elastyczność punktu (b) art. 1 „prawa sierpniowego” została zdefiniowana przez rządzących, jako niewłaściwa. Pokazywały to zmiany dekretu z dni 16 II, a następnie 10 XII 1946 r. Wtedy to właśnie została uchwalona jego ostateczna wersja , która obowiązuje do dziś. „Dekret o wymiarze kary dla faszystowsko – hitlerowskich zbrodniarzy” nie był bowiem nigdy „de facto” unieważniony. Według „nowej sierpniówki” można było wymierzyć karę więzienia od 3 do 15 lat lub więzienia dożywotniego tym wszystkim, których działania polegały na denuncjowaniu, chwytaniu i wywożeniu osób narażonych na prześladowania ze strony Niemców, lub na udziale w zabójstwach oraz znęcaniu się nad ofiarami Niemców. Zakres czynów określanych jako bezprawne i narażone na sankcję został przez wspomnianą nowelizację znacznie poszerzony. Wymierzano kary nie tylko za działanie na szkodę konkretnych osób (początkowa wersja prawa, o którym tu piszemy – P.Ł.) ale też za występki przeciwko i na szkodę Państwa Polskiego i (tym samym) polskiej osoby prawnej. Zaznaczyć też należy, że możliwość karania śmiercią za tego rodzaju czyny wciąż pozostawała w mocy.

„Sierpniówka”, jak już wyżej zauważyłem, gwałciła w sposób niespotykany do tej pory, podstawowe zasady prawa nie działającego wstecz, obowiązujące w cywilizowanych krajach. Dramatem, doskonale wpisującym się we wspomniane wyżej działanie na społeczną świadomość i „demolowanie” obrazu bohaterów podziemia, był fakt, iż z „dekretu sierpniowego” sądzeni i karani byli niemieccy zbrodniarze – tacy np. jak pierwszy komendant obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu Rudolf Hëss, Jürgen Stroop i inni. Diabelskim pomysłem, wpisującym się we wspomniane wyżej niszczenie obrazu bohaterów podziemia, było wykorzystanie dekretu bezpośrednio przeciwko żołnierzom Podziemia Niepodległościowego, a w szczególności Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych, z których uprawiana w latach 40 i 50 komunistyczna propaganda usiłowała zrobić nie tylko niemieckich kolaborantów, ale i pospolitych kryminalnych przestępców. Spektakularnym przykładem takiego właśnie wykorzystania „dekretu sierpniowego” była sprawa gen. Augusta Emila Fieldorfa. W roku 1952 skazano go na podstawie art. 1 pkt. 1 wspomnianego aktu prawnego na karę śmierci, a następnie (24 II 1953 r.) zamordowano w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Podczas procesu uznano go winnym wydania AK rozkazów likwidowania partyzantów radzieckich. Zarzuty te były nieprawdziwe, a cały proces był klasycznym „justitzmordem – mordem sądowym”. Tego typu wypadków było więcej. Według wspominanego wyżej Tomasza Szaroty skazywani z „dekretu sierpniowego” dzielili się na kilka grup:

„ […] Pierwszą stanowili zbrodniarze niemieccy sądzeni po ich ekstradycji do Polski, drugą - "granatowi" policjanci, trzecią - o zgrozo! - członkowie "ugrupowań faszystowskich (NSZ, AK, ZWZ) współpracujący z gestapo", czwartą - konfidenci i agenci gestapo oraz żandarmi, piątą - osoby winne przestępstw popełnionych w obozach koncentracyjnych (np. znęcający się nad współwięźniami funkcyjni) i wreszcie grupę szóstą, najliczniejszą - chłopi, biorący udział w obławach lub wydający w ręce okupanta ukrywających się Żydów lub uczestników ruchu oporu. […]”.

Od siebie dodam jeszcze, że wśród skazanych wcale niemałą grupę stanowili żołnierze podziemia niepodległościowego, których sądzono za przedwojenne działania skierowane przeciwko „antypaństwowej komunistycznej konspiracji, mordowanie żołnierzy i partyzantów sowieckich (tak jak we wspominanym już wyżej przypadku „Nila” / Fieldorfa) oraz żydowskich uciekinierów z gett oraz ukrywających się po lasach ocaleńców z „Holocaustu”. W odniesieniu do żołnierzy podziemia w większości przypadków były to zwykłe kłamstwa, czego dowodzą późniejsze uniewinnienia i rehabilitacje przeprowadzane po 1956 i po 1989 roku. Przy okazji można tu wspomnieć, że owi mordowani żołnierze sowieccy byli częstokroć zwykłymi bandytami, rabującymi miejscową ludność, przed którymi Armia Krajowa i w ogóle podziemie niepodległościowe w szerokim tego pojęcia rozumieniu, usiłowała tę ludność chronić, wypełniając swoje podstawowe obowiązki gospodarza terenu na którym działała w danym momencie.

Zdarzały się też owym „biednym Sowietom” prześladowanym i „mordowanym” przez „prawicowe podziemie” także i przypadki wyłapywania uciekających z transportów do Treblinki Żydów i późniejszego oddawania ich w ręce niemieckich oprawców – oczywiście po uprzednim obrabowaniu:

„[…] Pytanie: Kiedy we wsi Orzełek zaczęli ukrywać się 4 – rej sowieccy żołnierze uciekinierzy z obozu jenieckiego ? Odpowiedź: Zimą 1943 – 44 r. przyszło na wieś Orzełek czterech sowieckich żołnierzy ubranych po cywilnemu […] zetknęli się wszyscy razem i zaczęli chodzić na napady. […] Dokonywali oni napadów na uciekających z treblinki żydów. […] Kiedy niemcy w tym czasie zaczęli wywozić żydów do Treblinki odległej od Orzołka o 3 kilometry, to w czasie przebiegu pociągów przez las pobliski dużo żydów (zachowana oryginalna pisownia dokumentów – P.Ł) ratując się ucieczką wyskakiwało z wagonów. Właśnie na tych żydów wymienieni na wstępie (wspomniani żołnierze – P.Ł.) przybysze zaczęli dokonywać napadów. Później zdarzały się wypadki, że ci sami przybysze dokonywali napadów na ludność polską.”

Dodajmy, że wypowiadający te słowa Stanisław Ogonowski sam o mały włos nie zostałby zamordowany przez wspomnianych Sowietów.

Jednym z takich klasycznych przykładów działania prawa wstecz skierowanego przeciwko późniejszym żołnierzom podziemia może być sprawa przedwojennego funkcjonariusza Policji Państwowej, Tadeusza Markiewicza (żołnierza AK), któremu w dokumencie stanowiącym o tymczasowym aresztowaniu wpisano następująca sentencję:

„ […] jako inspektor policji państwowej, idąc na rękę ruchowi faszystowskiemu, działał w zakresie rozstrzygania w sprawach publicznych na szkodę Narodu, przyjęto, że wydawał zarządzenia o ściganiu działaczy lewicowych tj o przestępstwo […]”.

O wiele poważniejszych zbrodni dopuścił się, według funkcjonariuszy UB i sądu, wybitny polski oficer linii i sztabów Józef Szostak, który miał czelność bronić Polski przed sowieckim najazdem:

„[…] W kwietniu 1919 oskarżony Szostak będąc adiutantem dcy – pułku Orlicz Dreszera wraz z tym pułkiem brał czynny udział w walkach skierowanych przeciwko Rosyjskiej Federac. Socj. Republice radzieckiej. […] Następnie w 1920 r. w ramach […] pułku ułanów jako dowódca plutonu osk. Szostak brał udział w interwencji zbrojnej mającej na celu obalenie młodej Republiki Radzieckiej […]”.

Tak więc jak widać „polskie” sądy musiały (a może same chciały) zajmować się obroną „niepodległości” ZSRS, zagrożonej wcześniej przez polskich panów i imperialistów. Gdyby nie to, że kończyło się w wielu przypadkach niemierzalnymi ludzkimi dramatami, można by cytowane przeze mnie fragmenty dokumentów i zwarte w nich opinie uznać za elementy z „latającego cyrku Monty Pythona”.

W związku z tym, ale także zupełnie na marginesie rozważań o roli „sierpniówek” w „utrwalaniu władzy ludowej”, dobrze byłoby przemyśleć na ile to karanie za służbę niepodległej Polsce i walka z jej realnymi wrogami wpłynęły na późniejszą słabość aparatu państwowego PRL, a wraz z powstaniem III RP, która ten aparat w znacznym stopniu przejęła, na działanie tej formy państwowości polskiej. Jest to interesujący problem badawczy.

Wracając jednak do meritum problemu wypada przypomnieć, że Tomasz Szarota analizując „realizację sierpniówki” zastanawia się, czy nie był to początkowo pomysł, mający na celu tylko realne „wyczyszczenie Polski” z niemieckich kolaborantów. Otóż nie było to możliwe. Sowieci i służący im komuniści przyszli do Polski z określonym zamiarami, wykorzystując do ich realizacji wszelkie, najpodlejsze metody i najgorszy z możliwych element społeczny:

„ […] koło leśniczówki Nieskurzów zostałem schwytany przez bojówkarzy Armii Ludowej[…], […]. Al. – owcy wiedzieli, że jestem żołnierzem AK. Krótka wymiana zdań między ludowcami i zapadła decyzja >>zlikwidować<<. […]. Właściwie była to banda rabunkowa tworzona przez przedwojennych działaczy PPR (błąd lub brak precyzji – PPR przed wojną nie istniało – prawdopodobnie chodziło o KPP – P.Ł.) i zwykłych przestępców, pospolitych bandytów, którzy wstąpili do AL. Ci, którzy mnie schwytali, podlegali niejakiemu >>Saszce<<, żołnierzowi Armii Czerwonej, który zbiegł z niewoli, i niejakiemu >>Lepiarzowi<< przedwojennemu bandycie. […] Przeprowadziliście akcję odwetową ? Doszło do ostrej rozmowy naszego dowództwa z AL. – owcami. Zobowiązali się powstrzymać od takich działań, które w gruncie rzeczy były na rękę Niemcom. […] Ich dowódca >>Brzoza<< (Jan Byk vel Czesław Borecki – przyp. red) nie wywiązał się z ustaleń. […] schwytali na przykład czterech naszych chłopaków z oddziału AK - >>Nurta<< (mjr. Eugeniusza Kaszyńskiego – przyp. Red.), gdy ci wracali z przepustki […]. >>Brzoza<< wyprowadził ich do lasu i rozstrzelał. Po wojnie za >>zasługi,, >>Brzoza<< został wojewódzkim komendantem MO. A jego współpracownicy funkcjonariuszami UB.”, jak wspominał pułkownik Jan Górski. Głównym celem „władzy ludowej” nie było więc (na pewno) wymierzanie sprawiedliwości tylko i wyłącznie niemieckim kolaborantom. Szło o podporządkowanie sobie Polski i uczynienie z niej trampoliny do „skoku na zachód”. Chęć panowania nad światem, kamuflowana ideami „rewolucji światowej”, zmuszała ich do najwyższego wysiłku i „kreatywności”. Na „fuszerkę” w tej robocie nie było miejsca – stawka była niezmiernie wysoka. Bito więc, wymuszano zeznania przy pomocy presji psychicznej, kiedy trzeba było mordowano „normalnie” i „przy pomocy” wyroków sądowych wydawanych „na zamówienie” władzy. Oskarżano o wszystkie, możliwe i niemożliwe do pojęcia dla ludzi walczących o wolną Polskę, grzechy wobec tejże właśnie. Na przykład, oprócz wyżej wspomnianych „karygodnych”, bo godzących we „władzę ludową” postępków mogło być zabicie lub ranienie przygodnego rabusia, czasami nawet w obronie własnej, który okazywał się później „żołnierzem AL” lub jakimś ważnym działaczem miejscowej jaczejki komunistycznej:

„[…] w pobliżu Sobótki nadjeżdżał z przeciwnej strony wózek chłopski, na którym jechali dwaj nieznani nam ludzie. W pewnym momencie jeden z nich zeskoczył z wózka, podbiegł do nas z wyciągniętym pistoletem i krzyknął >>ręce do góry<<. Wtedy Soktnicki wyjął pistolet i strzelił. […] Po krótkiej strzelaninie w której wszyscy brali udział wycofaliśmy się w stronę Sobótki, przy czym widzieliśmy jak jeden z przeciwników podniósł swego towarzysza z ziemi […].
Wickenhagen, usłyszawszy o tej przygodzie wyraził przypuszczenie, że byli to żołnierze Armii Ludowej, którzy poprzedniej nocy obrabowali dwór w okolicy.[…]”.

Karygodne były też tylko zamiary i plany jakichkolwiek działań, skierowanych przeciwko rządzącym w danym momencie komunistom. Dodajmy przy tym , że wiek „przestępców” nie odgrywał jakiejkolwiek roli, mogły być to osoby „wiekowe”, mogły być też i nastoletnie, nie stanowiące faktycznie i w danym momencie jakiegokolwiek zagrożenia dla systemu. Z wysokości stawki zdawali sobie sprawę i wiedzieli o niej tylko komuniści, mający ze względu na swoje polityczne usytuowanie pełny ogląd sytuacji politycznej i militarnej wokół Polski. Generowano więc strach i próbowano modelować rzeczywistość na potrzebne w danym momencie „kopyto” ideologiczne.

Myślę też, jestem pewien, że wiele wydarzeń tamtych lat leży u podstaw dzisiejszej zapaści moralnej polskiej polityki i życia społecznego. Odwracając bowiem znaczenie słów, czyniąc z patriotów zdrajców, ze służby Ojczyźnie - służbę okupantowi, z prawdy kłamstwo zburzono podstawy (i tak wątłe po okresie okupacji i wymordowaniu przez Niemców i Rosjan znacznej części polskich elit) formowania i funkcjonowania normalnego ładu społecznego. W tym kontekście łatwo było wydobywać z trzymanych pod kluczem i potwornie męczonych więźniów każde potrzebne zeznanie i przyznanie się do każdej, choćby nie popełnionej winy (a także i zamiaru popełnienia jej) nawet tego, że służyło się Polsce w podziemiu:

„[…] Przyznaję się, że byłem członkiem Delegatury na kraj w komórce informacji od sierpnia, zwerbowany przez >>Zbyszka<< Zbigniewa Sadkowskiego […]” zeznawał w kolejnym przesłuchaniu przed oficerem śledczym MBP Jan Jałbrzykowski. Skazując na potwornie ciężkie wyroki polskich bohaterów nie baczono na zgodność z faktami, logiką, w końcu zaś prawdę obiektywną.

Wykładnię całego myślenia o Polsce przedwojennej i ludziach stanowiących bazę podziemia niepodległościowego oraz wizji ich „przestępstw” zawarto i ukazano precyzyjnie w uzasadnieniu aktu oskarżeniu czołówki wybitnych konspiratorów i żołnierzy (AK/ NSZ / Delegatury Rządu na Kraj) Wacława Iwaszkiewicza, Tadeusza Myślińskiego, Stefana Rysia, Antoniego Szperlicha, Bernarda Zakrzewskiego i Jana Zborowskiego. Czterech z nich (Iwaszkiewicz, Myśliński, Szperlich, Zborowski) otrzymało w pierwszej instancji wyroki dożywotniego więzienia, pozostali dwaj (Ryś, Zakrzewski) kilkuletnie. Liczący 42 strony maszynopisu dokument - akt oskarżenia z zamkniętego 28 sierpnia 1953 roku śledztwa, sporządzony przez oficera śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Jerzego Walczaka, a zatwierdzony przez podpułkownika Wiktora Leszkowicza 4 września 1953 roku, wskazywał między innymi na takie ogólne przesłanki winy oskarżonych, jak:

„Zdradziecka, antynarodowa polityka sanacji w okresie międzywojennym, dyktowana przez imperializm anglo – amerykański, zmierzała do rozbicia ruchu postępowego w Polsce oraz przygotowaniu z hitleryzmem ekspansji przeciwko Związkowi Radzieckiemu. […] Dwójka sanacyjna organizowała, wespół z Niemcami hitlerowskimi i pod ich komendą, sieci szpiegowskie wywiadu antyradzieckiego. Najazd […] Niemiec na Polskę stanowił kolejne ogniwo w zbrodniczym planie bandyckiej agresji, realizowanej przez imper. hitlerowski przy bezpośrednim wsparciu imperial. […] z USA i Wielką Brytanią na czele, agresji, której głównym i dalszym celem był atak na ZSRR. Katastrofalne załamanie się faszystowsko – sanacyjnego państwa we wrześniu 1939 r., […] jego całkowity rozkład, którego świadectwem była haniebna ucieczka zdradzieckich sanacyjnych władców – były w pierwszym rzędzie wynikiem współdziałania rządu sanacyjnego w przygotowaniu planów agresji hitlerowskiej na ZSRR. […]. Zerwana na krótko w 1939 r. współpraca z hitleryzmem została szybko ponownie nawiązana […]. Dwójkarze wraz z Abwehrą (oryginalna pisownia dokumentu – P.Ł.) i gestapo podjęli swą tradycyjną akcję akcje zorganizowania sieci szpiegowskich wewnątrz tworzących się […] organizacji lewicowych […]. Klika zdrajców emigracyjnych, płatnych agentów […] zorganizowała w Polsce t.zw. ośrodki konspiracyjne, a w rzeczywistości ośrodki wywiadowcze i kontrwywiadowcze, zadaniem których było prowadzenie bezwzględnej walki z ugrupowaniami lewicowymi […]. Już w październiku 1939 r. na rozkaz anglosaskich ośrodków dyspozycyjnych przy udziale sanacyjnych oficerów jak gen. Romla, Tokarzewskiego, płk. Albrechta […] utworzona została organizacja konspiracyjna Z.W.Z […], która zasięgiem swym w szczególności obejmowała tereny Zw. Radzieckiego […]. ”.

Tak wyglądała z punktu widzenia komunistycznych śledczych i wymiaru sprawiedliwości walka o Polskę, prowadzona przez skazanych. Z mojego punktu widzenia nie ulega wątpliwości, że nieprawości jakich dopuszczali się w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego stulecia ubecy i nieuczciwi prokuratorzy, sędziowie i ławnicy stanowiły (oprócz innych elementów destrukcji) o tym , że system, jeszcze dobrze nie „zainstalowany” w Polsce, już zaczynał „gnić” i „rozkładać się”, pozostawiając nam, niestety, do dziś elementy sprzyjające rozkładowi i przykry zapach nieuczciwości niektórych historyków, którzy stali się pewnego rodzaju zakładnikami przeszłości swoich rodziców, dziadków, krewnych i mimo (odnosi się to do części etsblishmentu) niejednokrotnie pięknych opozycyjnych życiorysów „zmuszonych” do uczestniczenia w tym spektaklu kłamstwa i zamulania prawdy o polskiej historii. Łatwiej bowiem, przy posiadanych środkach, wpływać na jej bieżący obraz , niż przyznać się do nieprawości popełnianych przez swoich bliskich i faktycznego działania przeciwko polskiemu interesowi narodowemu.

Precyzyjnie ujęli te problemy dwaj moi Koledzy - Piotr Gontarczyk (w „Rzeczpospolitej”), w tekście poświęconym Wojciechowi Jaruzelskiemu, za którym powtórzmy, że „[…] Nie ma znaku równości pomiędzy działaczami polskiego podziemia walczącymi o niepodległość, a zwalczającymi ich funkcjonariuszami UB i ludźmi formatu Jaruzelskiego. Ci pierwsi pozostaną bohaterami. Ci drudzy – działającymi na szkodę Polski budowniczymi komunistycznego systemu.[…]”, oraz w „Naszym Dzienniku” Filip Musiał:„
[…] Może być to jednym z powodów, dla których z entuzjazmem przyjmowane są we współczesnej polskiej humanistyce postmodernistyczne tezy o wielostronności historii i wielości interpretacji. Bowiem nie jest chyba przypadkiem, że wiele ze współczesnych "gwiazd" postmodernizmu w humanistyce było wcześniej marksistami. Zgodnie z założeniami tej nowej teorii dąży się do przekonania środowiska historycznego, i w tym duchu wychowuje się kolejne roczniki historyków, że nie ma jednej prawdziwej wersji wydarzeń. Wieloznaczność źródeł ma być powodem zanegowania możliwości odtworzenia ich przebiegu, można mówić jedynie o możliwych wersjach.[…] Nie ma więc prawdy i fałszu, bohaterstwa i tchórzostwa, wierności i zdrady - wszystko jest relatywne. W takim ujęciu działania polskiego podziemia niepodległościowego oraz zwalczających je ubeków traktowane będą na równi, podobnie jak aktywność gen. Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka" i Bolesława Bieruta. Napisanie, że wprowadzenie stanu wojennego było złe, jest subiektywną oceną, a więc działaniem niezgodnym z warsztatem historyka. On nie ma oceniać, ale relacjonować, jak można widzieć daną sytuację w świetle zróżnicowanych źródeł. Bowiem to, co z punktu widzenia aresztowanych działaczy "Solidarności" jawiło się jako złe, we wspomnieniach Wojciecha Jaruzelskiego będzie pozytywnym działaniem zmierzającym do zaprowadzenia porządku publicznego. Taka wizja przynosi ostateczne uwolnienie od problemów z "ludową" Polską. Czerwony totalitaryzm nie był dobry ani zły, po prostu był, a można go było postrzegać rozmaicie - inaczej postrzegał go gen. "Nil", któremu zakładano pętlę na szyję, a inaczej kat, który uruchamiał pod nim zapadnię. W mętnej wodzie postmodernistycznego relatywizmu rzesze komunistycznych aparatczyków czy wspierających reżim intelektualistów mogą czuć się bezpiecznie. A jeśli komuś przyjdzie do głowy przypomnieć o ich zaangażowaniu sprzed 1989 roku, będzie można o takiej osobie napisać, że na polityczne zamówienie realizuje "politykę hakową. […]".

Kończąc, chciałbym skorzystać z okazji i zwrócić uwagę czytelnika na fakt, że z dekretu sierpniowego skazywano także oprócz „żołnierzy wyklętych” także i „normalnych” obywateli Polski powojennej. Nadal czekają one na „swojego” historyka, który zajmie się nimi szczegółowo.

Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło