replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - Artykuł 91
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Artykuł 91

Jerzy Żyżyński ©

Mitologia ekonomiczna (cz. 1)

(tekst według prelekcji wygłoszonej dla Klubu Dyskusyjnego Myśli Politycznej w Ursusie)

Ekonomia to obszar wzmożonej aktywności demagogów i ignorantów. To efekt panoszącej się amatorszczyzny, albo braku naukowej rzetelności, choć może zapewne też i cynizmu tych, którzy mają polityczny interes w głoszeniu ludziom nieprawdy. Jakie by nie były przesłanki lansowania fałszywych lub uproszczonych poglądów, to warto mówić o mitach, jakimi ta amatorszczyzna i demagogia się żywią i tworzą. W tym eseju omówię kilka mitów najbardziej popularnych a zarazem szkodliwych, gdy zawierzają im politycy.

Mit szkodliwości deficytu i długu publicznego

Ten odcinek można by zadedykować politykowi, którego wypowiedź zdarzyło mi się ostatnio wysłuchać, wicemarszałkowi Sejmu dr Stanisławowi Tyszce, prawnikowi, który co prawda kształcił się też w zakresie filozofii i socjologii, ale o ekonomii ma, jak to często bywa z absolwentami tych kierunków, bardzo amatorskie pojęcie – poddaje się popularnym a błędnym mitom… nie on jeden zresztą, można powiedzieć, że jest w dobrym, a wręcz doborowym towarzystwie, nawet bonzów brukselskiej unijnej administracji. Ten kultywowany przez nich mit to często z wielkim zacietrzewieniem a nawet zadufaniem wypowiadany pogląd, że:

Deficyt jest złem, państwo zadłużone to złe państwo; państwo nie może „jechać na deficycie”, trzeba zlikwidować dług, bo mając dług państwo żyje kosztem przyszłych pokoleń. Dlatego jak mamy dług, to należy doprowadzić do tego, by wydawać tyle, ile państwo wzięło z podatków, ani grosza więcej.

Ze szczególną zapalczywością głosi ten mit robiąca pierwsze kroki w polityce młodzież, ale i dojrzali politycy zaliczający siebie, z pewnym zadęciem, do konserwatystów, na przykład pewien znany polityk z Krakowa (ja też zresztą z pochodzenia krakus). Ale trzeba powiedzieć przede wszystkim, że sprawa nie jest taka prosta, jak się laikom wydaje. No bo zauważmy pierwszy problem, jaki z tego poglądu wynika: skoro deficyt, czyli sytuacja, gdy państwo więcej wydaje niż pozyskuje dochodów podatkowych, jest złem, to czy dobrem ma być sytuacja odwrotna, gdy mniej wydaje niż ściąga od społeczeństwa podatków – czyli osiąga nadwyżkę budżetową? Ale co na to obywatele - państwo miałoby więcej od nich ściągnąć niż im, jako zbiorowości, oddało w formie swych wydatków – i to ma być dobrze? Przecież od razu widać, że gdyby tak było, to dla społeczeństwa stan taki raczej nie wydaje się zbyt pożądany – ale jak dalej zobaczymy w określonych warunkach może się pojawić.

No nie, powiedzą, ma być równowaga - to ten idealny stan, o którym marzą domorośli ekonomiści, popularne powiedzenie głosi, że:

Państwo ma być jak dobra gospodyni, wydawać tyle, ile zarabia na zebranych podatkach.

Ale to pogląd w gruncie rzeczy bardzo szkodliwy,  a nawet, gdy się bliżej przyjrzeć - nonsens. No bo przecież deficyt jest czymś normalnym w gospodarce rynkowej: skoro jedni oszczędzają, to muszą być tacy, którzy biorą kredyty, czyli wydają więcej niż zarabiają, absurdem by było, gdyby wszyscy byli „dobrymi oszczędzającymi gosposiami”, każdy, kto choć trochę się zastanowi, zauważy, że to by nawet było drogą do katastrofy gospodarczej.

Ta batalia przeciw zadłużaniu przypomina kampanie z czasów socjalizmu krytykujące deficytowe przedsiębiorstwa, że niby jak pożyczają, to są złe, niedobre i niegospodarne … „trzeba zmienić dyrekcję towarzyszu ministrze”. Ideałem miały być przedsiębiorstwa „samodzielne, samorządne i samofinansujące się”, trzy „S” miały uratować socjalizm – a to przecież bzdura,  istotą, można powiedzieć „mięsem” gospodarki jest korzystanie z kredytu, bo jak jedni oszczędzają, to inni muszą brać kredyty, żeby odłożone pieniądze pracowały.

No nie – powiedzą – co innego gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa, one mogą się zadłużać, ale państwo ma być „dobrą, wzorcową gospodynią”. Ale to nie tak, państwo jest ważnym dopełnieniem tego, co czynią gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa, jak zaraz zobaczymy, uczestnicząc w działalności pożyczkowej – albo gromadząc zasoby - staje się istotnym elementem równoważącym procesy makroekonomiczne, dlatego też musi brać w tej działalności udział na podobnych zasadach – podobnych, ale nie identycznych, bo państwo w tym mechanizmie pełni szczególną rolę, jest wyjątkowym aktorem sceny gospodarczej.

Jest znamienne, że w badanej przeze mnie grupie 35 państw OECD w okresie 16 lat od 2000 r. do 2015 r. stan równowagi nie pojawił się ani razu, a stan bliski zeru, deficytu mniejszego od 0,1% wystąpił tylko cztery razy – na 560 przypadków (16x35); a deficytów poniżej 1% było tylko 10%. W ogóle deficytowych państw było 70%, nadwyżkowych 30%, średni deficyt wyniósł 3,97%, średnia nadwyżka 3,21%.

Jak widzimy, nadwyżki budżetowe, czyli kraje, które wydawały mniej niż pozyskały dochodów, są w wyraźnej mniejszości – gdy popatrzymy, jak to się działo w poszczególnych latach, to okazuje się, że choć w ogóle było ich mniej, to więcej ich było tylko – co znamienne - przed samym kryzysem, w latach 2006 i 2007. Sytuacja nadwyżki budżetowej jest jednak raczej, mimo wszystko, swego rodzaju ewenementem, skoro sytuacji deficytowych w większości lat tego okresu było zdecydowanie więcej - ponad 70%, a nawet ponad 80%.

Można zatem tych mądrali zapytać: - Czy 70% państw to złe gospodynie? Nie, gospodynie, które biorą kredyty też są dobrymi gosposiami … ale jednak pod pewnymi warunkami.

Spróbujmy zatem wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Dzieje się tak, bo ten popularny wśród laików pogląd, że budżet powinien być zrównoważony, wynika z tego, że nie rozumie się, iż wynik budżetu, to czy jest on w stanie deficytu, czy nadwyżki – jest po prostu skutkiem innych zależności makroekonomicznych, jest z nimi bezpośrednio powiązany. Tak więc na przykład Norwegia przez wszystkie te lata miała permanentną nadwyżkę budżetową, sięgającą nawet – szok – kilkunastu procent produktu krajowego brutto (PKB), na przykład w 2008 r. 18,7%; jest znamienne, że w podobnej sytuacji, przynajmniej do kryzysu, była Rosja, Finlandia, Nowa Zelandia, sporadycznie niektóre kraje.

Dlaczego, czy rządy Norwegii to takie super-gosposie? Nie, stało się tak, bo kraj ten miał cały czas olbrzymią nadwyżkę handlową dzięki dochodom ze sprzedaży gazu. Nadwyżka budżetowa nie wynikała zatem z tego, że drastycznie opodatkowano społeczeństwo w stosunku do potrzeb budżetowych, albo cięto wydatki budżetowe. Wynikała z przejmowania przez państwo dochodów firm (kilku czy jednej) osiągających gigantyczne zyski dewizowe ze sprzedaży gazu - i było to konieczne, bo w przeciwnym razie wypływ na rynek walut zagranicznych tworzących nadwyżkę handlową kraju, spowodowałby ich potanienie – jak zawsze, gdy jest czegoś dużo – i w efekcie drastyczne umocnienie korony, a to by z kolei doprowadziło do ruiny innych eksporterów, bo za sprzedawane za granicą produkty dostawaliby w tej sytuacji mniej koron. Państwo ściągając te zarobione na sprzedaży gazu waluty zagraniczne podtrzymuje ich wartość, w efekcie tym większa jest wartość jego zarejestrowanej nadwyżki budżetowej, która tworzy zamrożone, nie skierowane na rynek oszczędności publiczne (nie zaliczane do S w formule, o której zaraz powiemy – S to oszczędności prywatne). W ten sposób nadwyżka budżetowa  przy wysokiej nadwyżce handlowej stabilizuje gospodarkę.

Nam jednak, oczywiście, wysoka nadwyżka handlowa nie grozi, skoro łupki okazały się niewypałem, a w wyniku niekompetentnie opracowanej i nieudolnie realizowanej transformacji przemysł został przetrzebiony, zaś większa część jego ocalałych resztek ma słabą pozycję ekonomiczną, jest ustawiona na tanią produkcję podporządkowaną…. Chyba że wypali program reindustrializacji.

Ale tak w ogóle, to warto zdawać sobie sprawę z ważnej kwestii. Polska ma bardzo wysoki eksport: stosunek wartości eksportu towarów i usług do wielkości PKB w 2015 r. wynosił 49,6%, więcej niż w Niemczech (46,8%). Był wyższy niż w Niemczech w latach 2013-2015. Eksportujemy zatem prawie 50% tego, co wytwarzamy. Czy to sukces? Wątpliwy, bo są z tym problemy: co prawda w 2015 r. pojawiła się nawet nadwyżka eksportu nad importem, czyli dodatnie saldo wymiany z zagranicą, to trzeba pamiętać, że ceny naszego eksportu są niskie, jesteśmy wytwórcami usługowymi dla przemysłów innych krajów za tanie pieniądze, a jednocześnie wysoki mamy import, polska gospodarka jest uzależniona od importu – wystarczy rozejrzeć się po sklepach.

Jednakowoż przy tym wszystkim trzeba mieć na uwadze to, iż pewna część naszego eksportu to eksport fikcyjny - to tzw. wewnątrzunijny eksport, który służy przestępczemu wyłudzaniu zwrotów podatku VAT – mówi się nawet o setkach milionów, może nawet miliardach złotych. Choć fikcyjny, nie przepływają przez granicę żadne towary, są rejestrowane wyłącznie faktury, których autentyczności nikt nie jest w stanie sprawdzić, to jednak jest rejestrowany jako prawdziwy, ale zamiast kraj wzbogacać, staje się mechanizmem wyprowadzania dochodu narodowego.

Ale abstrahując od tych patologicznych kwestii trzeba pamiętać, że dla stanu gospodarki istotna jest nie sama wielkość eksportu lecz saldo wymiany z zagranicą. I jest ciekawe, że saldo na eksporcie towarów i usług było do 2012 r. ujemne ale od 2013 jest dodatnie: w latach 2013 do 2016 kolejno 31 mld zł, 24 mld zł, 55 mld zł i 68 mld zł - to sporo. Ten wynik został osiągnięty głównie dzięki spadkowi cen importowanych paliw, ale też dzięki od lat wysokiej nadwyżce z usług. Trzeba jednak pamiętać, że dla gospodarki istotny jest cały tzw. rachunek bieżący, czyli efekt przepływu strumieni pieniędzy między krajem a zagranicą. Ten, jak się okazuje, jest cały czas ujemny. Co prawda ujemne saldo zmniejszyło się z ok. -80 mld zł w latach 2007 – 2008 do tylko -3 mld zł, ale co istotne, o ile saldo eksportu i importu towarów to efekt przepływów wymieniających się pieniędzy i dóbr, zatem są zaspokajane jakieś potrzeby, to najbardziej waży na wyniku salda bieżącego wysoki ujemny wynik na dochodach: decydują odpływy dochodów z Polski sięgające prawie 150 mld zł, w efekcie saldo na dochodach to delikatnie mówiąc niebagatelna kwota -70 mld zł.

Skutki tego są niezmiernie istotne dla gospodarki i naszego dobrobytu. To ten odpływ dochodów powoduje, że z jednej strony jest mniej do dzielenia między nami, obywatelami RP (to jest coś, co nazywamy produktem narodowym brutto PNB); z drugiej, że złoty jest relatywnie słaby w porównaniu z tym, co powinno być w wyniku dodatniego salda wymiany towarowo-usługowej: złoty powinien się umacniać, a tymczasem jest słaby (choć ostatnio trochę się umocnił), bo transferujący dochody z Polski (bardzo suto opłacani menedżerowie, dywidendy firm) generują popyt na euro i dolara, w wartość tych walut rośnie, a złoty się osłabia.

Rezultat tego jest taki, że złoty bardzo słaby w porównaniu do parytetu siły nabywczej – o ponad 50% - powoduje to, że zależność od importu sporo nas kosztuje – jest to nawiasem mówiąc jeden z powodów tego, że firmy, które znaczną część swego „wsadu” muszą importować, mało mają miejsca na podwyższanie płac.

Ale przecież to ta słabość złotego powoduje też, że udział eksportu (jak i importu) w PKB jest tak wysoki – po prostu „taki sobie” eksport, jak i import, mają dużą wartość gdy liczone są w słabej złotówce. Warto zauważyć, że we wcześniejszych latach ten udział eksportu też był  stosunkowo wysoki: w 2000 r. 27,2% PKB, podczas gdy w Niemczech 30,8%; w 2003 nasz eksport był też wyższy niż w Niemczech: 33,4% wobec 32,6%; w dalszych latach udział eksportu stopniowo rósł, we wszystkich zresztą krajach, zaś różnica między Polską a Niemcami wynosiła średnio mniej niż 2 punkty procentowe.

I teraz clou problemu: wynik relacji gospodarczych z innymi krajami to jednak nie wszystko. Stan budżetu państwa jest konsekwencją, efektem stanu dwóch bilansów makroekonomicznych:

- po pierwsze, bilansu relacji z zagranicą, o których mówiliśmy (przy czym trzeba jeszcze raz podkreślić, nie tylko wymiany handlowej, jak pisane jest w podręcznikach, ale też przepływów dochodów, które w przypadku Polski były, jak widzieliśmy, olbrzymie) oraz

- po drugie, bilansu relacji finansowych podmiotów prywatnych w ramach systemu finansowego – relacji między odpływem (do banków i innych instytucji finansowych) środków oszczędzanych przez podmioty prywatne (gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa) i dopływem do tych podmiotów środków z udzielanych im kredytów (głównie inwestycyjnych). Oszczędności to odłożona siła nabywcza (prawa do nabywania dóbr i usług), natomiast kredyty to pozyskana siła nabywcza, czyli przykazane przez kredytodawców prawa do nabywania dóbr i usług.

Oczywiście wszystkie te bilanse wzajemnie na siebie wpływają, ale nie da się uciec od czynników zewnętrznych i stanu koniunktury, który ma decydujący wpływ na wyniki poszczególnych elementów tej układanki.

Analiza tych relacji prowadzi do wniosku, że deficyty budżetowe są nie tylko konsekwencją, ale wręcz koniecznością przede wszystkim w czasach osłabienia koniunktury, a zwłaszcza w kryzysie. Jest tak dlatego, że wtedy skłonność do oszczędzania jest wyższa od skłonności do inwestowania, banki mają nadmiar środków, których nie zdołały nigdzie ulokować, rynek międzybankowy ich nie wchłania, środki pieniężne są bezproduktywnie zamrożone, koniunktura zdycha. W takiej sytuacji jedynie obligacje państwowe mogą być ratunkiem tak dla banków, jak i dla koniunktury gospodarczej, bo umożliwiają „zawrócenie” do gospodarki środków odłożonych w wyniku oszczędzania nadmiernego w stosunku do absorpcyjnych możliwości gospodarki – a jednocześnie – i to jest kwestia, której niezrozumienie mnie zadziwia - dzieje się rzecz dla społeczeństwa bardzo korzystna: państwo realizuje swe cele przy obciążeniu podatkowym mniejszym niż wynikałoby z potrzeb budżetu.

Jak mówimy o środkach pieniężnych, to zawsze warto pamiętać zaproponowaną przeze mnie interpretację pieniądza: jest to „prawo do nabywania dóbr i usług” – to ułatwia zrozumienie problemu.

Pamiętajmy – a znowu i taką podstawową kwestię  się zapomina - że istotą funkcjonowania gospodarki jest to, iż ludzie mają wytwarzać, zarabiać i kupować to, co wytworzyli, a jeśli nie kupują lecz odkładają zarobione pieniądze, to powinien je wydać ten, kto bierze kredyt, jeśli zaś chętnych na kredyty zabraknie, to ratunkiem jest właśnie budżet państwa realizujący deficyt – finansowany obligacjami, których wtórnym skutkiem jest oczywiście dług. Dla przedsiębiorstw, które tracą przychody w wyniku spadku sprzedaży na rynku krajowym, ratunkiem może być też eksport – o znaczeniu eksportu mówiliśmy, ale trzeba podkreślić, że jego rola jest bardzo złożona.

W każdym razie, istotne jest to, że nieuchronna logika ekonomiczna wynika z powiązania różnych elementów podlegających złożonym czynnikom i oddziaływaniom, dlatego jednym z najbardziej niemądrych i niezmiernie szkodliwych postulatów, było tak zwane „zacieśnianie” (austerity – paskudne słowo) w czasie kryzysu.

Ale co ciekawe, w czasach normalnych, nawet wtedy, gdy ma miejsce umiarkowana koniunktura, gdy bilanse wymiany z zagranicą mogą być zrównoważone, w określonych warunkach też obserwuje się większą skłonność do oszczędzania niż inwestowania. Oszczędności są jednym z największych paradoksów i mitów ekonomii – o czym dalej.

Przyjrzyjmy się, jak jest w Polsce. Oto jeśli spróbujemy zbudować to równanie określające związek między tymi podstawowymi bilansami makroekonomicznymi: deficyt państwa (G – T) jako wynik finansowania deficytu wymiany z zagranicą (Z – X) oraz nadwyżki oszczędności nad inwestycjami (S – I), czyli:

(G – T) = (Z – X) + (S - I),

to mamy jednak pewien problem. Tym problemem jest brak dobrych statystyk zgodnych z definicjami tych pojęć makroekonomicznych. Najbardziej wiarygodne są statystyki budżetu, to się po prostu liczy księgowo i wiemy, jaki dokładnie jest wynik relacji (G – T); w zasadzie dobrze policzone są statystyki przepływów pieniężnych między krajem a zagranicą – z tym, że jak powiedziałem, lepiej brać rachunek bieżący, a nie sam bilans wymiany dóbr i usług. Natomiast trudno jest znaleźć wiarygodne statystyki oszczędności i inwestycji, bo obie te pozycje są trudne do odseparowania w złożonych procesach kształtowania strumieni i zasobów (na przykład oszczędności to strumień części stale odkładanych dochodów, z drugiej nagromadzone zasoby). Oto w 2015 r. deficyt wyniósł:

(G – T) = 2,6% PKB;

deficyt rachunku bieżącego wyniósł:

 (Z – X) = 0,6 – czyli jest niewielka nadwyżka wydatków i rozchodów nad wpływami i przychodami;

z tego wynika, że bilans oszczędności i inwestycji sektora prywatnego musiałby być następujący:

 (S – I) = 2 (wszystko jako % PKB).

Wynika z tego, że jest pewna nadwyżka oszczędności – i rzeczywiście, system bankowy wykazuje wyraźną, choć nie bardzo dużą nadpłynność, nie jest w stanie ulokować w gospodarce całości powierzonych mu pieniędzy; w ostatnich latach 2013 i 2014 też była niewielka nadwyżka oszczędności (odpowiednio 2,8 i 1,3), natomiast w 2012 prawie idealna równowaga; w latach wcześniejszych pojawiały się zarówno nadwyżki oszczędności nad inwestycjami jak i odwrotnie, nadwyżki inwestycji.

Gdybyśmy zamiast rachunku bieżącego wzięli bilans handlowy, który jest dostępny w statystykach World Banku (eksport i import jako % PKB), to mielibyśmy w 2015 r. (Z – X) = -3,1, czyli silną nadwyżkę handlową (dóbr i usług), a z tego wynikałoby, że (S – I) = 5,7 – czyli silna nadwyżka oszczędności – na tym poziomie całkowicie nierealna.  Ta nierealność wynika z tego, że taki rachunek nie uwzględnia gigantycznego odpływu dochodów, który determinuje stan całego rachunku bieżącego.

Pochylmy się jeszcze nad kwestią wymiany z zagranicą. Oto w kryzysie deficyt staje się niezbędny także dlatego, że zwykle pojawia się wtedy deficyt handlowy w wymianie z zagranicą. Deficyt handlowy to skomplikowane zjawisko o złożonych przyczynach i skutkach, bo jest efektem nie tylko kształtowania się eksportu i importu, ale też zmian cen produktów eksportowanych i importowanych, zmian kursów walut krajów, z którymi handlujemy oraz oczywiście zmian wielkości fizycznej wymiany – ta zależy od realnego popytu. Warto wszak zauważyć, że deficyt wymiany handlowej pojawia się zarówno w krajach doświadczających osłabienia gospodarki (padają krajowe firmy, rodzi się zapotrzebowanie na produkty z importu), jak i w krajach dynamicznie rozwijających się, w których ma miejsce wysoka importochłonność rozwoju – po prostu jest zapotrzebowanie na to, co nie jest w kraju produkowane.

Ale co istotne, o ile w przypadku nadwyżki handlowej elementem równoważącym jest nadwyżka budżetu, jak to było z przywołaną wyżej Norwegią, to w przypadku deficytu handlowego elementem równoważącym jest deficyt budżetowy. Mechanizm tego zjawiska jest dość skomplikowany, ale trzeba znowu przypomnieć to, o czym już wspominałem, że faktycznie w grę wchodzi nie sam deficyt handlowy lecz i inne elementy, które determinują stan całego rachunku bieżącego, czyli także efekty odpływów (lub dopływów) środków w wyniku działalności firm zagranicznych i różnych związków z instytucjami finansowymi (na przykład napływ środków unijnych).

Jeśli jest deficyt, to oczywiście powstaje dług jako suma wartości wykorzystanych w dłuższym okresie do sfinansowania deficytu papierów dłużnych zwanych obligacjami. W związku z tym jednym z głupstw wypowiadanych lekkim tchnieniem przez różnych mądrali jest że państwo zadłuża się kosztem przyszłych pokoleń, naszych wnuków …  itd.

To jest jednak - trzeba podkreślić dość zasadnicze - nieporozumienie, bo przecież z długiem to jest tak, że zobowiązanie jednego jest majątkiem drugiego, tego, który użyczył swych pieniędzy. Jeśli państwo sprzedaje obligacje skarbowe, to są to papiery wartościowe dające odsetki wyższe niż zwykły depozyt, zatem ludzie (też banki, firmy) otrzymują po prostu lepszy od depozytów sposób oszczędzania pieniędzy. Jak zatem można mówić, że państwo zadłuża się kosztem naszych wnuków, skoro wnuki odziedziczą te obligacje po dziadkach. Przecież gdy obligacje osiągną swą maturity, dojrzałość, państwo je odkupi, zatem wnuki dostaną żywą gotówkę, a w międzyczasie zarówno dziadek, jak i wnuki, zasilali swe budżety rodzinne odsetkami. Dług publiczny jest zatem zyskiem tych, którzy pożyczyli pieniądze państwu kupując jego obligacje – jaki sens mówić, że „kosztem”? – Ci mądrale nie mają zbyt wielkiego pojęcia w temacie, w którym się wypowiadają.

No, ale faktem jest, że problem pojawia się, gdy obligacje są sprzedawane podmiotom zagranicznym. Gdy nabywają je obywatele kraju, to można powiedzieć, że jest wszystko w porządku, dług państwa jest bogactwem jego obywateli. Gdy natomiast państwo zadłuża się za granicą, to pojawiają się pewne problemy. Oczywiście z jednej strony mamy korzyść – napływ walorów zagranicznych – pozwalają one sfinansować część krajowego importu – stąd nadwyżka importu nad eksportem, kraj rozwijające się musi wiele dóbr kupować za granicą. Jednakże z drugiej strony – i to jest ten problem - dług jest denominowany w walutach obcych - czyli zagraniczny nabywca naszych papierów skarbowych chce konkretnego zysku w swojej walucie - w efekcie, w przypadku osłabienia pieniądza krajowego wypłaty odsetek  i wykup takich obligacji mogą być bardzo poważnym problemem – tak swego czasu zbankrutowała Argentyna, prowadzona notabene przez zapamiętałego liberała, który jak pamiętam prowadzał się bardzo poufale pod rękę z naszym ówczesnym ministrem finansów.

I faktem jest, że nasz dług zagraniczny jest za duży, mniej więcej połowę długu dzierżą podmioty zagraniczne – to rzeczywiście może niepokoić. Dlaczego zatem państwo zadłużało się za granicą? To jest sprawa skomplikowana, ale trzeba jasno powiedzieć, że podstawowym problemem jest bieda polskiego społeczeństwa: mamy niskie dochody i niską zdolność oszczędzania, banki też są słabe, niski jest nasz potencjał finansowy – czego to jest skutek – każdy sobie dopowie, bo szkoda powtarzać.

Wreszcie na zakończenie tego wątku warto zauważyć, że nie rozumie się też tego, iż w rzeczywistości sama wielkość długu nie ma wielkiego znaczenia, epatowanie miliardami nie ma sensu, bo tak naprawdę liczy się relacja długu do wielkości gospodarki - mierzonej oczywiście produktem krajowym brutto. Ta relacja ma tę ciekawą własność, że dąży do ilorazu deficytu  przez tempo wzrostu gospodarczego.  Co to znaczy „dąży”: znaczy to, że zbliża się do stosunku tych dwóch wartości i stabilizuje na niej. Jeśli na przykład deficyt wynosi 3% a tempo wzrostu 5%, to będzie to 3/5, czyli 60% Dlatego zasadnicze znaczenie ma będące w mianowniku tempo wzrostu gospodarczego: jeśli uda się osiągnąć dostatecznie wysokie tempo wzrostu, to relacja długu do PKB będzie spadać bez konieczności zmniejszania deficytu budżetowego. Gdy zaś tempo wzrostu spadnie na przykład do 3%, to nie ma zmiłuj, relacja długu do PKB będzie dążyła do poziomu 100% PKB. Czy wtedy trzeba zmniejszać wartość licznika? To jest trudny problem, moim zdaniem nie, bo spadek tempa wzrostu może być zmianą tymczasową wynikającą z wielu także zewnętrznych czynników, natomiast obniżenie deficytu może spowodować długotrwałe problemy strukturalne – zaraz parę słów powiem o kwestii tzw. cięć wydatkowych.

I druga ważna własność tego procesu: jeśli tylko udałoby się doprowadzić do takiej sytuacji, by oprocentowanie obligacji skarbowych było niższe  od tempa wzrostu gospodarczego, to koszty obsługi długu publicznego nie będą „pożerały” całości deficytu. To właśnie nie sam dług lecz kwestia kosztów jest najważniejsza - powie zresztą tak każdy, kto zaciąga pożyczki: - Czy będę w stanie zwrócić pożyczone pieniądze, na ile spłacanie długu obciąży moje wydatki, a więc ile będzie mnie kosztowało obsługiwanie tego długu, czyli spłata kapitału i odsetek. Dla państwa sama kwestia zwrócenia pożyczonych pieniędzy nie jest tak bardzo istotna o ile tylko da się dług rolować, ale istotne jest, by wypłacane odsetki nie były za wysokie, bo one są elementem wydatków budżetowych, i by udało się utrzymywać oprocentowanie obligacji na poziomie niższym niż tempo wzrostu – a to oczywiście nie jest łatwe.

Natomiast to, czy da się rolować, zależy od dochodów i zasobności społeczeństwa, od jego skłonności do oszczędzania, a czy będą chcieli lokować w obligacje - to zależy też od stóp procentowych, funkcjonowania giełdy itd.

Co jednak, gdy dług w relacji do PKB jest wysoki, tempo wzrostu słabe, a rentowność obligacji jest na tyle wysoka, że przekracza tempo wzrostu? Przede wszystkim trzeba działać na rzecz wzrostu, czyli po pierwsze nie podejmować działań, które mogą szkodzić koniunkturze, za to wspierać koniunkturę oraz działalność inwestycyjną.

I wreszcie sprawa ostatnia: jeśli mówię, że deficyt jest skutkiem oddziaływania innych relacji makroekonomicznych, to oczywiście nie znaczy to, że nie można na jego wielkość w pewnym stopniu wpływać poprzez zmiany elementów decydujących bezpośrednio o jego wielkości, czyli dochodów i wydatków państwa. Tylko które: wydatki - redukując je, czy dochody – zwiększając je? Co do wydatków – to zaraz wyjaśnię, że tu też mamy pewną mitologię.

Natomiast co do podwyższania dochodów budżetu – to sprawa jest niełatwa ekonomicznie, a politycznie zawsze bardzo kłopotliwa. Oczywiście najprostsze jest uszczelnianie istniejącego systemu – z informacji, jakie otrzymujemy wynika, że to jakoś wychodzi. Natomiast podwyższanie podatków nigdy politykom przez gardła nie przejdzie, choć przecież to normalne działanie: skoro można obniżyć, to można i podwyższać. Ale podatki to w ogóle szczególny obszar owładnięty przez różne fałszywe mity, o czym parę słów dalej. W każdym razie warto zdawać sobie sprawę z tego, że podatki to tylko redystrybucja dochodów, czyli przenoszenie dochodów od jednych do drugich. Z tego wynika to, co zawsze podkreślam, a warto by wszyscy zdawali sobie z tego sprawę: społeczeństwu jako całości państwo nic nie zabiera, ono tylko bierze od jednych, by utworzyć dochody innym – od których zresztą też zbiera podatki. W efekcie suma dochodów podmiotów gospodarczych i gospodarstw domowych nie zależy od wielkości ogólnej stopy podatkowej – ta suma jest równa po prostu wartości dochodów wypracowanych w sektorze rynkowym, gdzie tworzona jest podstawowa wartość PKB. Niewykształceni ekonomicznie tzw. liberałowie lansują wyjątkowo niemądry slogan o tzw. dniu wolności podatkowej, że niby od pewnego dnia w roku (zwykle w czerwcu) pracujemy już na siebie, bo poprzednio pracowaliśmy na (to pazerne w domyśle) państwo. Ale to nonsens, bo cały rok jako społeczeństwo pracujemy na siebie, zaś płacąc podatki po prostu przekazujemy innym część naszych dochodów (praw do nabywania dóbr i usług) dokładnie tak samo jak wtedy, gdy płacimy czynsz za mieszkanie, kupujemy chleb czy pralkę albo samochód. Gdy na przykład kupujemy chleb, to oddajemy część dochodów określoną przez cenę chleba piekarzowi i jego pracownikom, młynarzom, rolnikom, którzy wyprodukowali ziarno na mąkę itd. – cena chleba lepszego jakościowo jest oczywiście zwykle wyższa niż chleba o niskiej jakości. Gdy płacimy podatek, oddajemy część dochodów tym spośród z nas, którzy pracują w instytucjach finansowanych przez budżet państwa, a suma podatków określa cenę państwa - i wartość życia we wspólnocie: gdy ta cena jest niska, to zwykle niska jest jakość życia w tej wspólnocie.

Tak więc państwo sumy dochodów nie zmienia, ale istotne jest z jakiej części dochodów czerpie. Gdy opodatkowuje biednych i częściowo średnio zamożnych, to zdolność wydatkowa jest przenoszona od podatników do beneficjentów budżetu państwa – głównie pracowników instytucji finansowanych z budżetu. Gdy natomiast bardziej opodatkowuje bogatych, to w „sferę wydatkową” czyli tam gdzie tworzona jest koniunktura gospodarcza, przynoszone są dochody odłożone, czyli oszczędności, bo bogaci dokonując rozliczenia podatkowego w końcu pierwszego kwartału sięgają do swych oszczędności, by rozliczyć się z fiskusem. Choć zatem suma dochodów w gospodarce się nie zmienia, to dzięki progresji podatkowej zwiększa się suma „czynnych” dochodów. Czynnych, czyli wydawanych – przypominam, że podstawą koniunktury gospodarczej jest to, ze ludzie mają zarabiać i wydawać, bo wydatki jednych są dochodami drugich.

To jest szczególnie istotne wtedy, gdy system bankowy jest obciążony nadpłynnością (S > I). Ta dość trudna kwestia nie jest rozumiana przez zwolenników tzw. podatku liniowego – też dość bałamutnej koncepcji, na którą dała się nabrać część polityków krajów pokomunistycznych, słabo wykształconych w ekonomii i dających się manipulować przez demagogów i hochsztaplerów. Natomiast druga kwestia: czy można korygować deficyt zmniejszając wydatki – jest obciążona drugim mitem, który tu omówię.

 

Mit cięć wydatkowych

Z kwestią deficytu bezpośrednio związany jest drugi bardzo szkodliwy mit, który zawiera się w postulacie, że:

Trzeba ciąć wydatki, wtedy zrównoważymy budżet i gospodarka ruszy z kopyta.

To jest szczególnie popularny mit, publicystom i niewykształconym w ekonomii politykom wydaje się, że to takie proste i oczywiste - mamy deficyt, to tnijmy wydatki. No to aż się prosi powiedzieć: świetnie, chcecie ciąć wydatki, to dajcie przykład, zacznijcie od siebie. A wtedy cisza.

Zaciskanie pasa to pomysł, który chętnie zrzuca się na innych…ale żeby to był mądry pomysł i recepta na kryzys… Nie, to jest pomysł wręcz szalenie niemądry i szkodliwy… ale trzeba przyznać, że pod pewnymi zastrzeżeniami, bo sprawa jest dość skomplikowana.

Dlaczego: dlatego, że jak powiedziałem, gospodarka to taki swoisty „kocioł”, w którym „pichcą się” dochody i wydatki, ludzie mają wytwarzać, zarabiać i wydawać zarobione pieniądze, by wykupić to, co wytworzyli. Za to, że coś dali społeczeństwu otrzymują prawo do nabycia części tego, co społeczeństwo wytworzyło. Każdy wydatek to dla kogoś innego zarobione pieniądze – jeden zarabia i wydaje, ktoś inny dzięki temu zarabia swoje i też wydaje – i tak kręci się wielkie koło gospodarki. Jeśli natomiast na wydatki nało[J1] żymy kaganiec, to nie zarobią sprzedawcy, producenci, zaczną gromadzić się zapasy produkcji niesprzedanej – koniunktura zacznie „zdychać”. Owszem, jeżeli to, czego producenci nie sprzedali na rynku krajowym, zostanie wypchnięte na rynki zagraniczne, to może być pewna korzyść w długim okresie: kraj zgromadzi zasoby walut zagranicznych, które nie tylko umożliwią import – pieniądze niewydane na zakupy produktów krajowych pójdą na dobra importowane – ale też pozwolą zgromadzić zasoby walut zagranicznych do ekspansji kapitałowej – tak postąpili Niemcy już na początku lat 90-tych i niektóre inne kraje (na przykład Chiny).

Ale trzeba zrozumieć sens popularnego określenia „zaciskanie pasa”. Nie oznacza ono, że jako całość społeczeństwa mamy zarabiać mniej i mniej wydawać - to by nie miało ekonomicznego sensu. Gdy na przykład chcemy wybudować dom, to musimy zacisnąć pasa w tym sensie, że zwiększyć swoje oszczędności - ale nie po to, by po prostu nie wydawać pieniędzy, lecz po to, by przekazać je temu, kto będzie budował nasz dom – oszczędność przekształcą się w inwestycję, a nasze wydatki stają się wtedy najpierw dochodami, potem wydatkami robotników budowlanych i gospodarka jako całość nie traci, rośnie za to majątek narodowy - o ten nasz nowo wybudowany dom.

Podobnie w gospodarce jako całości. Zaciskanie pasa może mieć ten sens, że mamy jako całe społeczeństwo zwiększyć oszczędności, po to, by stały się one źródłem finansowania inwestycji tworzących nowy majątek, który zwiększy nasze realne dochody w przyszłości. Trzeba jednak pamiętać, że faktycznie to nie oszczędności są źródłem inwestycji lecz odwrotnie: inwestycje są źródłem oszczędności. Jest tak dlatego, że w gruncie rzeczy system bankowy zawsze może wykreować te nowe dochody robotników budowlanych jeśli tylko będzie miał gwarancje, że kredyty zostaną spłacone. Spłata kredytów zależy przede wszystkim od tego, czy kredytobiorca nie zostanie obciążony ponad swe możliwości obsługiwania kredytu. Natomiast oszczędności są wtórne, bo inwestycje potrzebują, by ludzie wydawali, a nie zamrażali środki; tak więc w gruncie rzeczy po to,  by realizowane były inwestycje, oszczędności nie są aż tak bardzo potrzebne – one muszą po prostu równoważyć makroekonomiczne przepływy dochodów . Wzrostowi gospodarczemu potrzebna jest koniunktura, czyli realizacja wydatków przez społeczeństwo jako całość. Jeśli zatem nie wydają jedni, oszczędzający, to muszą wydawać inni, ci, którzy przejmują ich niewydane środki – mogą to być kredytobiorcy, jak i ci, których dochody wygenerowało państwo finansujące swe wydatki poprzez emisję papierów dłużnych (obligacji).

Zaciskanie pasa może być też elementem innego procesu makroekonomicznego. Może być efektem tego, że ograniczane są wydatki wewnętrzne po to, by forsować eksport – jako społeczeństwo mamy zrezygnować z kupowania tego, cośmy wyprodukowali po to, by sprzedać to za granicą i pozyskać w ten sposób zagraniczne środki płatnicze. Dzięki temu kraj może gromadzić zasoby kapitału po to, by realizować ekspansję poza granice kraju - inwestować za granicą, pożyczać innym krajom, by je uzależniać od siebie itd. Oczywiście – już sporo ludzi to zauważyło – taką politykę silnym gospodarczo krajom ułatwia wspólna waluta, bo nie ma ważnego czynnika korygującego powstające w ten sposób nierównowagi w relacjach między krajami: zmian kursu walutowego w relacjach z innymi krajami.

Ale w tym, co określiłem jako mit cięć wydatkowych, chodzi o coś innego. Chodzi o to, by pasa zaciskała – i to nie w sensie zwiększania oszczędności lecz w dosłownym sensie redukowania dochodów - tylko część społeczeństwa: zatrudnieni w sektorze publicznym, czyli finansowani przez budżet państwa. Stąd wzięły się pomysły tzw. reguły budżetowej. Reguła to taki osobliwy „wynalazek” - oznacza to, że wtedy gdy wszędzie rośnie, ale państwo ma akurat deficyt budżetowy to w sferze budżetowej ma nie rosnąć,  albo nawet zmniejszać się.

Kłopot jest jednak taki, że powoduje to narastanie dysproporcji między sektorem publicznym a resztą gospodarki, a w konsekwencji negatywnie odbija się na jakości sektora publicznego i powoduje, że w przyszłości dysproporcje te trudno będzie naprawić. Państwo jest naszym wspólnym przedsięwzięciem, jak w realizacji każdego przedsięwzięcia, po to, by się udało, trzeba przeznaczyć określoną ilość środków finansowych, na przykład gdy przedsiębiorca podejmuje się budowy mostu, o wie, ile musi wydać na projektantów, ile na materiały, ile na spawaczy, ile na betoniarzy itd. – koszty są dość ściśle wyznaczone przez rynek. Jeśli wyda mniej, to jest prawdopodobne, że będzie miał kiepski projekt. Oszczędzanie na fachowcach, gdy weźmie młodych a niedouczonych, którzy zaakceptują niskie płace, spowoduje tyle, że nowy most może nie przetrwać pierwszego lepszego wezbrania wód albo naporu wiatru. Podobnie jest z państwem i obszarami jego odpowiedzialności. Jeśli nie zatrudni fachowców, to jakość państwa będzie niska. A chcąc mieć fachowców, musimy jako społeczeństwo za to zapłacić.

W przeciwnym razie, jak już powiedziałem, nieuchronnie niska będzie jakość życia w naszej wspólnocie. Warto by wiedzieć to, co już prawie dwa i pół tysiąca lat temu powiedział Arystoteles, a z czego niektórzy nie zdają sobie sprawy negując rolę państwa:

Państwo należy do tworów natury, a człowiek jest z natury stworzony do życia w państwie, które jest szczególną wspólnotą, bowiem wprawdzie wszystkie wspólnoty dążą do pewnego dobra, lecz w pierwszym rzędzie czyni to najprzedniejsza z wszystkich, która ma najważniejsze z wszystkich zadanie i wszystkie inne obejmuje. Jest nią tzw. państwo i wspólnota państwowa.

Wiedzieli to ci nasi przodkowie, którzy doświadczyli skutków utracenia własnej państwowości.

 

W następnej części o mitach:

- podatkowych

- oszczędzania

- prywatyzacji dóbr publicznych

- emerytury kapitałowej

 


 [J1]

Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło