replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - Artykuł 87
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Artykuł 87

Podatki – ulubiony temat demagogów

Zatem trochę o ekonomii podatków

Ostatnio w debacie publicznej znowu pojawiła się kwestia sprawiedliwości systemu podatkowego i ważny polityk partii rządzącej stwierdził – słusznie – że podatki powinny być sprawiedliwe, tzn. bogatsi powinni jednak płacić więcej niż biedni. To ważne stwierdzenie, bo od lat podatki są żelaznym tematem politycznych przepychanek, z reguły pierwsze hasło, jakie rzucają polityczni nuworysze, którzy chcą zaistnieć na scenie politycznej i dać się zapamiętać ogółowi, to hasło obniżenia i uproszczenia podatków. Jak by tiu ludziom powiedzieć, że chcemy ich uszczęśliwić – i tak demagogia podatkowa staje się żelaznym repertuarem.

Choć adwokatów tzw. podatku liniowego, czyli zasady, że wszyscy mieliby płacić taką samą stawkę podatku dochodowego, jest jakby mniej, ale jednak pojawiają się na obrzeżach polityki, wciąż dają się na nią nabrać zwłaszcza ludzie młodzi, a często powtarzany jest wobec państwa chwytliwy epitet „zbója Janosika”, uparcie powtarza się starą śpiewkę, że opodatkowując dochody państwo „karze pracę”, a nawet słychać zawołania ostre a buńczuczne: „Wara od naszych dochodów”. I rzuca się propozycje „rewolucji podatkowych” – na przykład opodatkowania zamiast dochodu – majątku lub przychodów.

Tak to już jest, że ludzie niestety chętnie wypowiadają się w sprawach, na których się nie znają, a z braku stosownego wykształcenia nie rozumieją. To dlatego najwięcej mamy lekarzy i ekonomistów, zaś podatki jest to obszar, którego niezrozumienie sięga podstaw wiedzy ekonomicznej. Brakuje jej nie tylko młodym adeptom polityki, ale też większości polityków, publicystów i dziennikarzy, nawet ludziom biznesu oraz oczywiście tzw. „szerokiej publice”. A i niestety niektóre szkoły ekonomiczne nie dokształciły swych absolwentów – i nawet profesjonalni ekonomiści dają się czasami złapać na lep taniej demagogii podatkowej i plotą androny. Dlatego w tym tekście spróbuję omówić podstawowe nieporozumienia związane z podatkami przede wszystkim w kwestiach ich celu i ekonomicznego znaczenia oraz źródła podatków i przedmiotu albo mówiąc inaczej, podstawy opodatkowania.

Po pierwsze, państwo nakładając obowiązek podatkowy społeczeństwu nic nie zabiera. Podatek jest narzędziem pozyskiwania przez państwo dochodów niezbędnych do finansowania jego zadań publicznych. Publicznych – to znaczy dla dobra powszechnego, jak mawiali starożytni Rzymianie, czyli to nie jest żaden socjalizm, a co warto zawsze powtarzać: PRO PUBLICO BONO – dla dobra wspólnego, dobra ogółu. Ale istnienie państwa oznacza, że część z nas jest zatrudniona przez instytucje stworzone dla realizacji dobra wspólnego. Dlatego my, członkowie społeczeństwa, musimy oddać część swoich dochodów po to by części z nas, zatrudnionym przez instytucje państwa, zapłacić za pracę i umożliwić nabycie narzędzi niezbędnych do jej wykonywania.

Podatek nie jest zatem żadną karą, ani zbójeckim działaniem, jest naszą zbiorową, obywatelską zapłatą ludziom za pracę - tak jak czynsz jest zapłatą za pracę administratorom budynku, w którym mieszkamy, jego dozorcom, ochronie, sprzątającym, wywożącym śmieci itd. Podatek to po prostu specjalny instrument umożliwiający redystrybucję dochodów, jest tylko, poprzez budżet państwa, przemieszczeniem dochodów wewnątrz społeczeństwa czyli przekazaniem części dochodów osobom pracującym w sektorze publicznym - tak jak przekazaniem części dochodów jest każdy akt nabycia dobra konsumpcyjnego lub usługi na rynku: dokonując zakupu oddajemy część swoich dochodów sprzedawcy, ten przekazuje te pieniądze swoim pracownikom i producentowi, który z kolei daje je swoim itd. – gospodarka to przecież nic innego, jak wielkie, poplątane kłębowisko takich ciągów przekazywanych pieniędzy.

Warto wiedzieć, że w ekonomii dochód, jak i podatek, są tym, co nazywamy „kategoriami strumieniowymi”: są to przepływy strumieni pieniędzy; podobnie wytwarzany produkt krajowy – jest to strumień rzeczy o wartościach wyrażonych poprzez ceny – PKB to ogólna wartość tego strumienia, suma wytworzonych dóbr i usług. Można zatem metaforycznie powiedzieć, że strumień pieniędzy przekazanych jako dochody ma w procesach wymiany zderzyć się ze strumieniem wytworzonych dóbr i usług. Część tych dóbr i usług mają nabyć ci z nas, których zatrudnia państwo, dlatego od strumienia dochodów poprzez podatek „odrywa się” część strumienia dochodów i przekazuje poprzez państwo realizujące swój budżet, tejże części społeczeństwa – to nazywamy redystrybucją dochodów.

W tym „oderwanym” strumieniu pieniędzy musi być też wyodrębniona część środków, które musimy przekazać naszym matkom, ojcom, babciom i dziadkom, którzy zakończyli swój okres aktywności zawodowej – by mieli za co nabyć część dóbr i usług. Budżet państwa dokonuje redystrybucji dochodów, podatek jest tego narzędziem. Ale co ważne, twierdzenie formułowane czasami przez niewykształconych ekonomicznie polityków i publicystów, że „obniżając podatki zostawi się więcej pieniędzy społeczeństwu” – nie ma sensu, bo jak powiedziałem, państwo społeczeństwu nic nie zabiera – ono tylko przenosi dochody między członkami społeczności. Może natomiast - przynajmniej nominalnie, a niekoniecznie realnie - dodać społeczeństwu, jeśli źródłem jego dochodów jest emisja pieniądza lub środki pozyskane za granicą – ale to bardzo złożony temat, na rozwijanie którego nie ma tu miejsca.

Po drugie zatem, źródłem podatków są w zasadzie zawsze dochody – a jeśli nie są, to raczej źle, może to prowadzić do szkodliwych skutków ekonomicznych. Płacąc podatek oddajemy część naszych dochodów – ale co ważne: dochodów bieżących lub zakumulowanych, czyli zaoszczędzonych – to, w jakich proporcjach wykorzystywane są dochody bieżące i zakumulowane powoduje określone złożone skutki ekonomiczne. Wynikają one z tego, że podatek to narzędzie redystrybucji dochodów, a redystrybucja dochodów bieżących w zasadzie nie zmienia ogólnej siły nabywczej, gdy natomiast ktoś płaci podatek czerpiąc z zasobu swych oszczędności, to zmniejsza się zasób oszczędności, a zwiększa ogólna siła nabywcza. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy po wypełnieniu zeznania podatkowego podatnik musi dopłacić jakąś sumę – dokonuje zwykle przelewu z rachunku oszczędnościowego lub bieżącego. To zmniejsza jego zasoby pieniężne - niewygodne, ale przyznać trzeba, że z drugiej strony, mobilizuje do odbudowania posiadanego zasobu oszczędności. Trochę przykre i może wkurzać? Owszem, ale powstaje mechanizm napędzający gospodarkę. Pamiętajmy, że ogólne bogactwo bierze się z tego, że ludzie pracują.

Dochody są źródłem podatków także wtedy, gdy płacimy podatki pośrednie. Stanowią one pewien narzut na cenę, zatem zapłata podatku ma miejsce wtedy, gdy dokonujemy zakupów, które finansujemy z dochodów bieżących - aczkolwiek w przypadku droższych dóbr trwałego użytku wykorzystujemy także dochody odłożone, czyli oszczędności, lub z kredytów konsumpcyjnych – te spłacamy z dochodów bieżących, czyli ostatecznie źródłem jest dochód.

Zatem zawołania laików i rewolucjonistów podatkowych „Wara od naszych dochodów, opodatkować konsumpcję" – nie mają sensu, bo podatki nałożone na konsumpcję także obciążają dochody, ale jak wskazuje nazwa tej kategorii podatków – pośrednio, w momencie realizacji wydatków – oczywiście z dochodów - na produkty i usługi, których ceny są obciążone podatkami pośrednimi.

Oczywiście teoretycznie można by zlikwidować podatki bezpośrednie i w całości zastąpić je pośrednimi, jednakże przesunięcie poboru podatków z formy bezpośredniej na pośrednią oznaczałoby skoncentrowanie obciążenia na jednej formie opodatkowania z bardzo szkodliwymi skutkami dla gospodarki. Co prawda, z jednej strony jest to formuła fiskalnie efektywniejsza, przy zobowiązaniu podmiotów gospodarczych do instalowania kas fiskalnych pobór podatku jest sprawniejszy, ogranicza tzw. szarą strefę i stabilizuje wpływy podatkowe. Z drugiej jednak strony, podatek stanowiący narzut na cenę powoduje istotne obniżenie dochodów realnych. Jest to szczególnie dotkliwe dla osób biedniejszych, które z reguły prawie wszystko wydają na zaspokojenie swych potrzeb, niewiele albo wcale nie oszczędzają, bo ich na to nie stać. Wydają zatem prawie 100% swych dochodów – jest to tzw. stopa konsumpcji – i maleje ona ze wzrostem dochodów – to jedno z podstawowych praw ekonomicznych. Dlatego wysokie podatki pośrednie oznaczają, że płacony w tej formie podatek najbardziej obciąża biednych, a ze wzrostem dochodów obciążenie łagodnieje – nazywamy to degresywnością podatku pośredniego. Gdyby zatem zlikwidować podatki bezpośrednie i ograniczyć się tylko do podatków pośrednich, to taki system spowodowałby silne zredukowanie popytu globalnego w gospodarce i trzeba by konsekwencje tego niwelować wzrostem wynagrodzeń – przede wszystkim podniesieniem minimalnej płacy, a to oczywiście odbiłoby się na kosztach przedsiębiorstw. Warto w związku z tym zauważyć, że koncepcja tzw. podatku liniowego jest zasadniczo błędna, bo nie bierze pod uwagę, że progresja podatku dochodowego jest niezbędna po to, by przynajmniej zniwelować degresję podatków pośrednich.

Jak na razie jednak (na szczęście) nie zastąpiono całkowicie podatku bezpośredniego pośrednimi, ale póki co, wpływy z podatków pośrednich to najważniejsza pozycja dochodów budżetowych. Jednak jednocześnie swoista cecha podatku VAT polegająca na tym, że na etapach pośrednich podatek naliczony jest zwracany, powoduje – zwłaszcza w sytuacji, gdy stawka podatku jest bardzo wysoka – silną pokusę nadużycia i rozwój przestępczej działalności polegającej na wyłudzaniu zwrotów podatku, budowaniu tzw. „karuzel podatkowych” itd., co powoduje ogromne straty państwa i daje wielkie zyski przestępcom – zostało to szeroko opisane w literaturze naukowej. Dlatego niżej podpisany jest przeciwnikiem podatku VAT. Uważam, że powinien on funkcjonować do etapu produkcji, a po wyjściu produktu z fabryki zamiast VAT-u powinien obowiązywać zwykły, prosty, niezwracalny podatek od sprzedaży, coś jak amerykański sales-tax, zasilający władze lokalne.

Z dochodów płacimy także podatki majątkowe - na przykład podatek od nieruchomości: aczkolwiek podstawą wyznaczenia go jest wartość lub powierzchnia nieruchomości, to przecież płacony jest przez oddanie fiskusowi części dochodów (bieżących lub zaoszczędzonych). Przeznaczanie na rzecz podatku części majątku jest czymś wyjątkowym, a jeśli się zdarza, to na ogół prowadzi do niepotrzebnej realokacji, czyli przenoszenia, wyprzedaży, przejęć majątków i jest to sytuacja, którą z ekonomicznego punktu widzenia trudno ocenić pozytywnie. Podatkiem, który najczęściej prowadzi do realokacji majątku jest podatek spadkowy. Ale podatki majątkowe to sprawa dość skomplikowana - o czym za chwilę.

Po trzecie, trzeba odróżnić źródło podatków od podstawy czyli przedmiotu opodatkowania. Tą podstawą może być bezpośrednio dochód – takie podatki nazywamy bezpośrednio dochodowymi. Jeśli podstawą jest cena nabywanego dobra lub usługi – to podatek jest płacony z dochodu pośrednio, w momencie wydawania pieniędzy – i o tym była już mowa.

Podstawą podatku może być też majątek. Ale z majątkiem jako podstawą wyznaczenia wielkości podatku są kłopoty, bo ma on różną formę, a w przypadku form niepieniężnych jego wartość nie jest jednoznacznie określona: zależy po prostu od aktualnej sytuacji rynkowej, czyli ceny danej formy majątku. Na przykład wartość nieruchomości zależy od wielu czynników, może ją określać rzeczoznawca, ale tak naprawdę rzeczywista cena zostaje określona dopiero w momencie transakcji sprzedaży. Majątek w formie papierów wartościowych też ma wartość nieokreśloną, bo cena walorów na giełdzie jest bardzo zmienna, w krótkim czasie może spaść kilkakrotnie, a gdy pęcznieje bańska spekulacyjna przewartościowania akcji bywają też kilkakrotne i zwykle kończą się spektakularnymi spadkami. Gdyby właściciel dużego majątku w formie portfeli akcyjnych miał być opodatkowany od wartości tego majątku, to wpływy z takiego podatku byłby zmienne wraz ze zmiennością wartości tych portfeli, a gdyby opodatkowywać tylko przyrost wartości, to co w przypadku spadku wartości? Postulowane przez niektórych ekonomistów (Piketty, Laffer i inni) i różnych laików zastąpienie podatków dochodowych opodatkowaniem majątku jest błędne, nie bierze się bowiem pod uwagę zmienności rynkowych wycen majątków, dochody budżetowe oparte na takiej podstawie byłyby bardzo niestabilne.

Oczywiście te uwagi krytyczne nie oznaczają, że podatek majątkowy w ogóle nie ma sensu. Opodatkowanie majątku jest celowe, jeśli władza publiczna chce „wydobyć” od podatnika część ukrywanych dochodów jeśli wiadomo, że ich źródłem jest posiadany przez nich majątek (dochody z majątku, który w terminologii ekonomicznej nazywany jest też kapitałem). Podatek taki może być jednak tylko uzupełnieniem systemu dostosowanym do określonych warunków.

Postuluje się też opodatkowanie przychodów lub obrotu – pojęcia te są w sensie ekonomicznym bardzo podobne: przychód to wpływy pozyskane w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, także różne korzyści materialne, najczęściej równe łącznej wartości sprzedaży dóbr, towarów i usług netto, natomiast jako obrót definiuje się wszystkie należności brutto, które stanowią zapłatę za sprzedaż produktów i usług, pomniejszone o należny podatek. Laicy postulują zastąpienie podatków dochodowych podatkiem od przychodów lub od wartości sprzedaży, na jakimś niskim poziomie, na przykład 1% - wydaje się to bardzo niewiele w porównaniu z kilkunastu czy kilkudziesięcio- procentowym podatkiem dochodowym, miałaby to być zatem wielka korzyść dla przedsiębiorców, ot taki jeden drobny procencik, jakież to miałoby być wielkie udogodnienie.

Ale to jest iluzja wynikająca z niezrozumienia, że ani przychody, ani obroty, ani wartość sprzedaży nie odzwierciedlają rzeczywistej sytuacji finansowej przedsiębiorstw, bo ich dochody, czyli zyski, to przychody pieniężne minus koszty. W efekcie tzw. rentowność sprzedaży, czyli stosunek (w procentach) zysku do wartości sprzedaży, może być bardzo niska, a nawet ujemna. Rentowności przychodów są bardzo zróżnicowane. Na przykład w latach 2013-2015 rentowność była stosunkowo wysoka w produkcji wyrobów farmaceutycznych (od 13 do 15%), wyrobów skórzanych (10-13%), wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną, gaz, parę wodną (9-12%); natomiast niska w handlu detalicznym (0,4-2,4% - a były okresy rentowności ujemnej), nieco wyższa w handlu hurtowym (1,9-2,6%); natomiast ujemna w wydobyciu węgla (od -1,5% do – 11,4%).

Ale trzeba pamiętać, że to, co podają statystyki, to są tylko wartości średnie, zatem musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wiele podmiotów osiąga wartości niższe. Opodatkowanie wartości sprzedaży czy obrotu zdawałoby się niską stopą podatkową 1% spowodowałoby zatem upadek wielu małych firm o niskiej rentowności, podczas gdy potentaci rynku, tacy ja branża skórzana, farmaceutyczna czy energetyczna znalazłyby się w cieplarnianych warunkach, jak w „raju podatkowym”. Propozycje niedouczonych rewolucjonistów podatkowych – jak im się wydaje „korzystne dla podatników” - byłyby nie tylko niekorzystne dla państwa, ale dla wielu przedsiębiorców wręcz rujnujące.

Tak czy inaczej, bez względu na podstawę opodatkowania – podatnicy i tak płacą go z dochodów bieżących lub odłożonych. Opodatkowanie innej podstawy niż dochód ma jednak sens wtedy, gdy dochód, czyli rzeczywiste źródło podatku, jest ukrywany, kamuflowany czy transferowany za granicę kraju poprzez dodatkowe koszty (nazywane dlatego „kosztami transferowymi”). Ale racjonalne określenie takiej podstawy jest trudne – przykładem ostatnie eksperymenty z podatkiem od aktywów instytucji finansowych i podatkiem handlowym.

I po czwarte wreszcie (i być może najważniejsze, bo tu demagodzy bardzo ludziom mieszają w głowach) jest demagogią twierdzenie, że podatki są wysokie i trzeba je zmniejszyć. Ostatnio znowu jakaś bidula od Kukiza, blondynka, w debacie w TVP-info wyrzucała PiS-owi, że nie obniżył podatków. Przecież trzeba choć trochę uruchomić logiczne myślenie: jak mniej państwo zbierze, to będzie mniej miało na wypłaty dla swych pracowników albo będzie musiało się bardziej zadłużyć. Zwolnić ludzi – to takie gadanie, idź i zwolnij połowę ludzie ze swego biura. O wysokich podatkach - to demagogiczne paplanie, bo podatki w Polsce nie są wysokie… i są wysokie, ale to sprawa bardziej skomplikowana niż ludziom niewykształconym w ekonomii się wydaje. Nie są wysokie makroekonomicznie i jako źródło zasilenia państwa – bo jak spojrzymy na statystyki i porównamy się z innymi krajami, to nasz polski budżet w relacji do tego, co wytwarzamy, czyli PKB, jest stosunkowo niski. Jest niski, bo wiele obszarów odpowiedzialności państwa, czyli naszego dobra publicznego, wspólnego jest niedofinansowanych – na przykład ochrona zdrowia czy nauka. Z państwem jest jak z butami: tanie to bubel. Niedofinansowane państwo to państwo w którym rośnie korupcja w administracji, w szkołach uczą kiepscy nauczyciele, służba zdrowia funkcjonuje fatalnie, brakuje poczucia bezpieczeństwa, nauka nie ciągnie gospodarki innowacjami … a w efekcie obywatele odwracają się od własnego państwa i płacąc podatki mają permanentnie wrażenie, że jest to wyrzucony pieniądz – „Co mi z takiego państwa?” -  staje się powszechnym sloganem. I wyjeżdżają , bo zarobki niskie, a państwo kiepskie.

Ale jednocześnie podatki są wysokie: dla biednych i średnio zamożnych, są wysokie, bo 18% od bardzo niskich dochodów – nawet uwzględniając ewentualnie zwiększoną kwotę wolną – to przecież oznacza, że po przekroczeniu progu kwoty wolnej trzeba oddawać prawie 1/5 dochodu – dla biednych i klasy średniej (też faktycznie wynagradzanej u nas nisko) to jest dużo. A wysoki Vat jeszcze bardziej obniża ich dochody realne.

Ponadto, co bardzo ważne, system podatku dochodowego nie uwzględnia indywidualnych problemów, gdyż niekompetentni kiepscy ekonomiści swego czasu (w ekipie J. Buzka) z podatku dochodowego od osób fizycznych wypruli praktycznie wszystkie ulgi, które dostosowywały podatek do aktualnych możliwości podatnika. W ten sposób zepsuto całkiem nieźle funkcjonujący, choć wymagający poprawek, system.

I nie dawajcie się już nabierać na tzw. teorię Laffera, że jak obniżymy podatki, to do kasy państwa wpłynie więcej. To, jak wykazały badania na Zachodzie, mogłoby działać przy podatkach wyższych od 60-70%, do czego nam daleko, ale ta tzw. teoria Laffera to w ogóle jedna z większych ekonomicznych bzdur, co zresztą udowodnił niżej podpisany.

W gruncie rzeczy jednak problemem jest to, ze niskie są dochody ludzi: po prostu mało zarabiamy. Mało zarabiamy, bo mało wytwarzamy, jeszcze raz powtórzę nasze bogactwo tworzy to, co produkujemy. Zatem bez pracy i bez odbudowy pozycji polskiego przemysłu na dobrobyt nie ma co liczyć. A tym, co wypracujemy, musimy się dzielić – innej drogi do normalności nie ma.

 

 

 

Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło