replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - Artykuł 85
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Artykuł 85

O planie Morawieckiego – okiem ekonomisty

Przejęciu steru rządów przez PiS towarzyszą nie tylko głębokie zmiany w polityce społecznej lecz zapowiadane są także nie mniejsze przeobrażenia w polityce gospodarczej. W połowie lutego rząd przyjął plan „na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Co się za tym planem kryje?

Diagnoza stanu polskiej gospodarki

Zmieniona została przede wszystkim diagnoza stanu polskiej gospodarki. Po okresie nieuzasadnionego „huraoptymizmu”, ideologii „zielonej wyspy” i „liderowania” w Unii Europejskiej pod względem dynamiki rozwoju gospodarczego przyszła pora na otrzeźwienie. Okazuje się, że wpadamy w „pułapkę przeciętności”, a wydobycie się z niej będzie kosztowne, długotrwałe i bolesne społecznie; poza tym sami sobie z tym nie poradzimy. Potrzebna będzie pomoc kredytowa nie tylko Unii Europejskiej lecz także krajowych i zagranicznych banków, nieuniknione ponadto będzie zacieśnienie paska w spodniach; konsumpcja w Polsce w stosunku do poziomu rozwoju gospodarczego jest bowiem o wiele za duża. Gdy do tego dodamy potrzeby inwestycyjne brak środków stanie się jaskrawo widoczny.

W 25-letnim okresie transformacji oszczędności stanowiły w Polsce średnio około 18% PKB. Po uzupełnieniu o kredyty zagraniczne można było przeznaczyć na rozwój do 25% PKB. Dochód do podziału był więc większy od dochodu wytworzonego, czego wyrazem było zadłużenie zagraniczne przekraczające w sumie w minionym 25-leciu 400 mld dolarów (ponad 50% PKB). Dzięki temu można było przeznaczać na konsumpcję do 80% PKB. Nie było to mało zwłaszcza, że konsumpcję uzupełniano wpłatami do budżetu z tytułu dochodów z prywatyzacji gospodarki. No, ale w końcu i to źródło zaczęło wysychać, sprzedaż tzw. „sreber rodowych”, a więc przedsiębiorstw zbudowanych w PRL stawała się coraz mniej dochodowa, a w końcu w ogóle ustała.

Prognoza makroekonomiczna

Prognoza rozwoju polskiej gospodarki w perspektywie średniej i dłuższej nie napawa optymizmem. Czeka nas bowiem w pierwszym rzędzie potrzeba zwiększenia udziału oszczędności w PKB. W przeważającej części krajów zbliżonych do Polski pod względem poziomu rozwoju udział oszczędności w PKB jest większy niż w Polsce, w azjatyckich krajach nowouprzemysłowionych – ponad dwukrotnie. W rezultacie poziom konsumpcji jest w tych krajach niższy niż w Polsce. Dotyczy to także Japonii; w Tokio nie rzuca się to w oczy, ale na prowincji, zwłaszcza pod względem warunków mieszkaniowych, Japończycy mają wiele do nadrobienia.

W Polsce nie wszędzie żyje się tak, jak w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu, Krakowie czy nawet we Wrocławiu. Tu notuje się tzw. „kominy płacowe”, lepsze są warunki zatrudnienia, wygodniejsze, lepiej wyposażone są mieszkania. Gorzej jest w małych miejscowościach i na wsi, ale i tu postęp cywilizacyjny jest widoczny. Potrzeba zmniejszenia udziału konsumpcji w dochodzie narodowym powinna dotyczyć najbogatszych Polaków, zamożniejszych rodzin i miast, ale czy na pewno uda się to zrobić? Prawdą jest, że polityka PiS opiera się w o wiele większym stopniu niż polityka PO na dążeniu do zbliżenia, jeżeli nie do wyrównania warunków społecznych. Świadczy o tym chociażby realizowany program subwencjonowania rodzin wielodzietnych. W Polsce nie budzi on entuzjazmu, jakby z natury bliższe są nam zróżnicowane dochody, a w ślad za tym zróżnicowane poziomy życia.

Plan Morawieckiego dotyczący zbliżenia poziomów rozwoju gospodarczego i społecznego szuka rezerw w wyrównywaniu tempa rozwoju społecznego i terytorialnego, a więc w rozbudowie przemysłu na prowincji, w małych miastach i osadach. Chodzi zwłaszcza o tworzenie małych i średnich przedsiębiorstw przemysłowych. Umożliwiają to fundusze unijne, środki firm prywatnych, spółki skarbu państwa a także pożyczki otrzymywane od instytucji międzynarodowych, takich, jak Europejski Bank Odbudowy u Rozwoju, Bank Światowy i inne.

Morawiecki wyliczył, że znajdą się pieniądze na sfinansowanie planu „na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” nawet, jeżeli zapotrzebowanie na nie w ciągu najbliższego ćwierćwiecza osiągnie kwotę 1 bln złotych. W tym wypadku o jego punkcie widzenia zdecydowało zapewne doświadczenie bankowe a nie ekonomiczne.

W co inwestować, co rozwijać?

Program Morawieckiego akcentuje potrzebę reindustrializacji, nie ukrywając, że prywatyzacja przemysłu państwowego doprowadziła do całkowitej likwidacji wielkich przedsiębiorstw w Polsce zastępując je tysiącami małych i średnich zakładów usługowych o charakterze manufaktury zatrudniających od pięciu do pięćdziesięciu pracowników. Wszystko odbyło się bez jakiegokolwiek programu przemian strukturalnych, całkowicie przypadkowo. Jedynym wyznacznikiem był zysk finansowy.

Przed prywatyzacją w Polsce funkcjonowało 240 przedsiębiorstw zatrudniających ponad tysiąc pracowników każde. Nie brakowało wśród nich zakładów zaliczanych pod względem nowoczesności produkcji i efektywności do czołówki europejskiej. Były to stocznie, fabryki silników, fabryki obrabiarek sterowanych numerycznie sprzedające swe wyroby do kilkudziesięciu krajów w Europie i na świecie. W trakcie prywatyzacji profil produkcji nikogo nie obchodził, liczył się jeden wskaźnik, czy fabryka na siebie zarabia, a o to nie było łatwo, bo produkcja państwowa była przez prywatyzatorów o wiele wyżej opodatkowana niż produkcja prywatna.

Na tym tle, odpowiedź na pytanie, jak zreindustrializować Polskę jest prawie niemożliwa. Po tamtych przedsiębiorstwach nic nie pozostało. Maszyny rozgrabiono, część przeszła do drobnych przedsiębiorstw, część sprzedano za granicę, pozostałe przeznaczono na złom. W halach przemysłowych powstały centra handlowe, lofty, a nierzadko tętniące niedawno życiem fabryki zmieniły się w rudery i kupy gruzu. Najlepszym tego przykładem jest stocznia gdańska strasząca powybijanymi oknami i gwizdem wiatru w wielkich halach.

Oczkiem w głowie nowych strategów stały się małe zakłady, najczęściej rzemieślnicze, wśród których prym wiodą usługi. Ideą przewodnią stał się bowiem slogan: „małe jest piękne”, bardzo popularny w połowie poprzedniego stulecia ale całkowicie bezużyteczny na przełomie stuleci. W świecie ustąpił on miejsca zasadzie koegzystencji małych i wielkich przedsiębiorstw. Zgodnie z nią zarówno wielkie przedsiębiorstwa jak też małe skazane są na wzajemną współpracę; przedsiębiorstwa wielkie zapewniają korzyści skali i długiej serii, przedsiębiorstwa małe – korzyści z tytułu elastyczności produkcji. Metoda ta od lat święci sukcesy w Japonii, w Chinach, Niemczech i wielu innych krajach.

Niemcy poszczycić się mogą doskonale przeprowadzoną transformacją swego przemysłu. W okresie, gdy Polska pozbywała się wielkich przedsiębiorstw, Niemcy sporą ich część przekształcili w korporacje międzynarodowe otaczając je tysiącami małych i średnich zakładów, zapewniając tym sposobem wysoką elastyczność, a w ślad za tym – efektywność produkcji.

Na pytanie, jaką produkcję powinna dziś Polska rozwijać, trudno poprawnie odpowiedzieć. Z wielkich przedsiębiorstw pozostały dwa surowcowe (Orlen i KGHM). Ich domeną nie jest jednak produkcja przemysłowa. Wielkie przedsiębiorstwa przemysłowe powinny nie tylko przynosić rosnące zyski produkcyjne lecz także projektować wytwarzane wyroby, nieprzerwanie je modernizować technicznie zapewniając zbyt i serwis na rynku krajowym i zagranicznym.

W Polsce wielkie przedsiębiorstwa, to montownie zagranicznych wyrobów przemysłowych. Udział naszej myśli technicznej w wartości dodanej montowanych wyrobów jest jednak marginesowy nie przekraczając 2-3%. Reszta należy do tych przedsiębiorstw na potrzeby których montujemy te wyroby. Nabywca zmontowanego w Polsce wyrobu nigdy nie będzie wiedział w jakim kraju nabrał on ostatecznych kształtów, bo i po co. Odpowiedzialnością za wyrób obciążony jest bowiem producent, właściciel marki.

Zarówno montowni, jak też małych przedsiębiorstw nie uda się przekształcić w wielkie korporacje międzynarodowe. Jeżeli więc chcemy utworzyć takie korporacje musimy to zrobić od podstaw. Reindustrializacja nie oznacza też odtworzenia przemysłu, który istniał ćwierć wieku temu i nic po nim nie zostało. Spora część kadry już nie żyje, pozostali przeszli na emeryturę, bądź zajęli się czymś innym. Miejsce polskich wyrobów przemysłowych eksportowanych przed ćwierć wieku na rynki światowe zostało już dawno zajęte przez producentów wyrobów nowocześniejszych i lepszych; konkurencja nie śpi.

Inwestycje innowacyjne

Jeszcze trudniejszą sprawą będzie zwiększenie nakładów na badania i rozwój do około 2 proc. PKB. Obecnie udział ten wynosi około 0,5 proc. (wg M. Morawieckiego 0,8 proc.). sprawą najważniejszą nie byłoby przy tym samo zwiększenie nakładów na badania, ale odpowiedź na pytanie, kto miałby je prowadzić. Likwidacji wielkich przedsiębiorstw państwowych towarzyszyło jednocześnie zaprzestanie badań w kilkudziesięciu instytutach i ośrodkach naukowo-badawczych. Pozostało kilka instytutów Polskiej Akademii Nauk i kilkanaście instytutów resortowych prowadzących przeważnie badania wycinkowe. Filiom przedsiębiorstw zagranicznych w Polsce instytuty są niepotrzebne, na potrzeby tych filii pracują bowiem ośrodki badawcze w krajach macierzystych dostarczając do Polski gotowe rozwiązania techniczne.

Prawie 90% wszystkich polskich przedsiębiorstw stanowią zakłady małe i średnie koncentrujące się na drobnych usprawnieniach. Nie mają one środków na poważniejsze badania techniczne. Przedsiębiorstwa te pełniąc rolę poddostawców dla wielkich przedsiębiorstw zagranicznych korzystają z ich osiągnięć zaopatrując się w wytwarzane przez nie technologie.

Zwiększenie nakładów na badania naukowo-techniczne nie może więc się sprowadzać do odkręcenia kurka z pieniędzmi. Rzeczą ważniejszą jest stworzenie odpowiednich struktur badawczych ściśle zintegrowanych z produkcją, właściwe ich ulokowanie w gospodarce, zwłaszcza w przemyśle i zagwarantowanie dopływu wykwalifikowanej kadry naukowo-badawczej.

Obecnie część instytutów i ośrodków naukowo-badawczych finansowana jest metodą kroplówkową; dostarcza się im tyle środków ile potrzeba by życie w nich nie zamarło.

Inwestycje w eksport

W minionym 25-leciu Polska więcej importowała niż eksportowała. Bez tego nie byłoby przecież obecnego zadłużenia za granicą.

Nie to jest jednak najważniejsze; fachowcom sen z oczu spędza struktura naszego eksportu przemysłowego. Faktem jest, że coraz więcej eksportujemy wyrobów przemysłowych, przy bliższym zbadaniu okazuje się jednak, że – jak wyżej wspomniałem – eksport ten zawdzięczamy głównie montowaniu wyrobów zagranicznych w Polsce, co w konsekwencji sprawia, że wartość dodana do tych wyrobów jest szczątkowa.

Przy takim spojrzeniu do świadomości naszej musi dotrzeć fakt, że podstawę naszego eksportu stanowi wciąż żywność i częściowo przetworzone surowce i materiały do produkcji, zaś wyroby przemysłowe produkowane są w oparciu o technologie „z drugiej ręki”.

Nie mniej ważne znaczenie posiada potrzeba zastąpienia poddostaw – długookresowymi umowami kooperacyjnymi. Tysiące polskich przedsiębiorstw, w przeważającej części małych, pracuje na potrzeby wielkich firm zachodnioeuropejskich. Jest to współpraca korzystna dla Polski. Jej słabą stroną jest jednak tymczasowość zawieranych umów. Taki zawsze jest los poddostawców. Gdy tylko koniunktura ulega pogorszeniu odbiorca poddostaw ogranicza ich wielkość, a część rezygnuje w ogóle ze współpracy czekając na lepsze czasy.

Poddostawcy nie pomagają jednak naszym firmom w zdobywaniu rynków światowych pod własną marką. Są one bowiem dla świata anonimowe służąc wyłącznie eksporterowi wyrobu gotowego. Eksporter ten bierze za nas odpowiedzialność, nic więc dziwnego, że jemu też przypadają w całości korzyści z tytułu tego eksportu bądź też straty, gdy eksport ten wykazuje niedoróbki.

***

Opublikowany w prasie „plan Morawieckiego” to na razie wstępny zarys programu naszkicowany przez wicepremiera. Jeżeli ma się on stać poważnym dokumentem rządowym, trzeba go wypełnić treścią. Kto to powinien uczynić, instytucje rządowe, czy rynek?

Rynek nigdy nie decyduje o strategicznych kierunkach rozwoju. Zapadają bowiem na nim najbardziej kompetentne decyzje ale o krótkim horyzoncie. Decyzje o horyzoncie dłuższym podejmują instytucje o charakterze strategicznym tylko, że w Polsce instytucji takich, poza bankami niestety zagranicznymi nie ma. W minionym ćwierćwieczu zostały one zlikwidowane.

Kto powinien więc teraz odpowiedzieć na pytanie: w jakiej branży należy budować wielkie przedsiębiorstwa: w przemyśle stoczniowym, czy samochodowym, lotniczym czy zbrojeniowym. Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba wpierw dobrze rozpoznać zmiany w tych branżach zachodzące na rynku światowym i nasze możliwości w tej dziedzinie. Nie pomoże kilkadziesiąt tysięcy małych i średnich przedsiębiorstw, często dobrze funkcjonujących i efektywnie produkujących ale każde o marginesowym udziale na rynku światowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło