replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - Artykuł 37
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Artykuł 37

Jerzy Żyżyński

Mitologia euro

Zainicjowana ostatnio dyskusja wokół kwestii wejścia Polski do strefy euro obrasta niedojrzałą a czasami wręcz śmieszną argumentacją w rodzaju „musimy wskoczyć do tego pociągu, bo odjedzie bez nas”, albo że „musimy wejść by siedzieć przy tym stole i współdecydować…”. Jak widzę, jaka jest jakość dyskusji nad żywotnymi dla Polaków sprawami w polskim parlamencie, gdzie liczne rozsądne propozycje poprawek do ustaw - rzucane przecież zarówno z prawej jak i z lewej strony, są skrupulatnie, bez żadnej merytorycznej dyskusji odrzucane przez koalicyjną większość - to mam jednak wątpliwości co naszych szans na współdecydowanie, a były prezydent Francji przywracał  nas już kiedyś do porządku jasnymi i czytelnymi słowami, byśmy siedzieli cicho. Siedzieć przy tym stole i być cicho? – No to ja dziękuję.

A co do tej tandetnej metafory wskakiwania do pociągu – to przypominam, że można się pośliznąć i stracić nogi, albo jeśli już uda się wskoczyć, to nie tylko że nie znaleźć się w drugiej klasie, ale co najwyżej jako najtańsza obsługa tego pociągu.

Kwestia wejścia do strefy euro musi być stawiana przede wszystkim w wymiarze pozycji naszej własnej gospodarki w relacji do pozostałych uczestników tego zgromadzenia krajów dążącego do zbudowania nowego światowego imperium, które miałoby być istotnym graczem na światowej arenie.

Trzeba zrozumieć, że własny pieniądz jest ważnym regulatorem stosunków gospodarczych z zagranicą, ale też dodatkowym czynnikiem kształtujących podaż pieniądza w gospodarce. Polega to na tym, że każdy wzrost eksportu powoduje napływ walorów zagranicznych, co zwiększa dochód narodowy i środki te stają się dla banku centralnego podstawą do emisji dodatkowego pieniądza: bank centralny odkupuje waluty, zwiększa swoje rezerwy zagraniczne i w ten sposób kreuje podaż pieniądza trafiającą poprzez banki do gospodarki, jak się mówi w ekonomii, składniki zagraniczne odgrywają zasadniczą rolę w kreacji pieniądza banku centralnego. Ale zmiany kursowe mają tu szczególne znaczenie, bo przy tym samym wolumenie eksportu spadek kursu naszej waluty w stosunku do zagranicy spowoduje zwiększenie podaży pieniądza, co stymuluje popyt wewnętrzny i działa pobudzająco na gospodarkę, ale też może sprzyjać inflacji, zmusza zatem czasem bank centralny do tzw. „działań sterylizacyjnych”, czyli neutralizujących ten wzrost podaży pieniądza.

Wszystkie te efekty związane z posiadaniem własnego pieniądza, choć mają różne negatywne konsekwencje, na przykład generują ryzyko, czy pociągają za sobą koszty związane z transakcjami walutowymi, stanowią jednak ważny element stabilizujący gospodarkę, są jak amortyzator chroniący przed skutkami zmian koniunkturalnych w gospodarce światowej. Szczególnie wyraźnie dało to o sobie znać na początku obecnego kryzysu gospodarki światowej, gdy kraje posiadające własną walutę, w tym Polska, wyraźnie lepiej przebrnęły przez kryzys, gdyż spadek wartości własnego pieniądza zwiększył złotową wartość eksportu, a to nie tylko miało konkretny efekt dla eksporterów, którzy uzyskali wyższe dochody, ale też sprzyjało całej gospodarce.

Można zatem powiedzieć, ze własny pieniądz staje się jednym z podstawowych atrybutów względnej suwerenności gospodarczej.

Ale decydując się na wejście do strefy euro trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że cała konstrukcja strefy euro już od zarania została oparta na błędnych podstawach i realizowana z lekceważeniem opinii profesjonalnych ekonomistów. Tzw. kryteria stabilizacyjne z Maastricht nie miały racjonalnego uzasadnienia, najtrafniej można by je określić jako „wyssane z palca”, a w warunkach kryzysu dążenie do ich spełnienia jest nawet szkodliwe – włoski ekonomista Pasinetti już w 1998 r. udowodnił, że błędne jest twierdzenie, jakoby przekroczenie relacji deficytu do PKB powyżej wielkości referencyjnej 3% zagrażało stabilności finansów publicznych, ale mimo to na krajach aspirujących do euro wymusza się spełnienie tego kryterium. Wybitny, pracujący w Austrii polski ekonomista prof. Kazimierz Łaski, wykazał, że nawet przyjęcie na pozór logicznego wniosku, że deficyt powinien być taki, aby nie rosła relacja długu publicznego do PKB, nie ma większego sensu i „jest ironią historii, że kraj, który w istocie narzucił Unii Monetarnej ową magiczną granicę stosunku deficytu do PKB w wysokości 3%, sam ostatnio w drastyczny sposób nie jest w stanie jej dotrzymać.” I jak słusznie podkreśla, „Tak się dzieje zawsze, kiedy próbuje się wtłoczyć dynamiczny proces gospodarczy w wąskie ramy wymyślonych formułek, niemających teoretycznych podstaw.”

Wyjątkowo niepokojące jest to, że tzw. Pakt Fiskalny, jest dalszym brnięciem Europy w ślepą uliczkę jeszcze gorszych rozwiązań. To osobliwe porozumienie, umowa międzynarodowa zawarta jak w amoku po odtańczeniu jakiegoś chocholego tańca przez 25 państw członkowskich Unii Europejskiej, w tym wszystkie państwa strefy euro, można by określić jako tylko dziwaczne, gdyby nie było po prostu niebezpieczne dla stabilności gospodarczej, bo zaprzecza podstawowym naukom ekonomii. Wydaje się, co prawda, być usprawiedliwione permanentnym niestosowaniem się przez większość państw UE kryteriów konwergencji i postanowień Paktu Stabilności i Wzrostu, bo w lutym 2012 nadmierny deficyt (czyli powyżej tego wyssanego z palca kryterium 3%) stwierdzono aż w 23 spośród 27 państw UE. Przyjęty jeszcze w 2011 tzw. Sześciopak, czyli sześć aktów prawa, które odnosiły się m.in. do zasad tworzenia budżetów krajowych, tempa wzrostu wydatków i wymaganego tempa redukcji długu publicznego też nie został wypełniony prze te kraje. I dlatego postanowiono Paktem Fiskalnym „docisnąć” – ma on wymuszać utrzymywanie równowagi budżetowej, większą kontrolę Rady Unii Europejskiej i Komisji Europejskiej nad stanem finansów publicznych państw i lepszą koordynację polityki gospodarczej.

Problem polega jednak na tym, że te pomysły są – nawiązując do tytułu artykułu Pasinettiego (The Myth (or Folly) of the 3% deficit/GDP Maastricht ‘Parameter’) i parafarazując piękną piosenkę Beatlesów, są Squared Folly on the Hill, głupotą do kwadratu na szczytach Unii Europejskiej, a nie tylko zwykłą ignorancją.

Po pierwsze, wymuszanie równowagi budżetowej, a nawet postulowanie nadwyżki budżetowej, świadczy bowiem o kompletnym niezrozumieniu mechanizmów ekonomicznych i tego, że nierespektowanie przez kraje wymogów Maastricht jest nie przyczyną kryzysu lecz jego skutkiem. Jest wprost zadziwiające, że ci zdawałoby się inteligentni ludzie nie potrafią zrozumieć kwestii bardzo podstawowej, że nadwyżka budżetu państwa nie jest gromadzeniem majątku wzbogacającego, jak to jest w przypadku gospodarstwa domowego, lecz stanowi ujęcie z gospodarki części siły nabywczej i tę gospodarkę osłabia, a w sensie finansowym oznacza, że państwo więcej zabrało gospodarce (obywatelom i przedsiębiorstwom) niż jej oddało w formie swych wydatków – a to tylko w wyjątkowych przypadkach może być pożądane: przy przegrzaniu koniunktury. Osiąganie nadwyżki przez państwo można by porównać z przykładaniem lodu – generalnie szkodzi, bo grozi przeziębieniem, ale przy wysokiej gorączce pomaga organizmowi; ale wysoką gorączkę, dla której taka terapia byłaby pożądana, miewa się jednak bardzo rzadko.

Wymuszanie równowagi budżetowej (deficyt strukturalny na poziomie nie wyższym niż 0,5% PKB – ale przy braku precyzyjnej i jednoznacznej definicji deficytu strukturalnego, odróżniającej go od rzeczywistego – w praktyce będzie mowa o deficycie rzeczywistym) jest nonsensem i spowoduje jedynie wzrost napięć w strefie euro. Autorzy tego pomysłu znowu nie rozumieją kwestii bardzo elementarnej: jeśli w strukturze gospodarki są podmioty nadwyżkowe, czyli generujące oszczędności, a przecież są, to muszą być podmioty pochłaniające te oszczędności, czyli pożyczające, korzystające z kredytu, bo w przeciwnym przypadku gospodarka zadławi się z braku efektywnego popytu – uwięzionego w oszczędnościach podmiotów nadwyżkowych, zatem wymaganie od wszystkich, by byli wzorowi w wypełnianiu postulatu dyscypliny finansowej jest nonsensem ekonomicznym. I ta elementarna zasada dotyczy także relacji między krajami: jeśli w strukturze grupy krajów są takie, które osiągają wysokie nadwyżki (co wynika między innymi z ich silnej pozycji handlowej – są to kraje północy Europy, głównie Niemcy), to inne kraje muszą te nadwyżki pożyczyć, finansując swe deficyty, jeśli w kryzysie ich własne nadwyżki oszczędności (różnica między oszczędnościami a inwestycjami – zwykle dodatnia) są niewystarczające.

Ponadto panowie zapominają elementarną prawdę ekonomiczną, że finansowanie wydatków publicznych częściowo „z deficytu” pozwala realizować zadania publiczne przy niższych kosztach podatkowych. Przyczyną choroby finansów europejskich jest nie fakt istnienia deficytów, lecz nieporządek, brak regulacji w systemie finansowym, przede wszystkim porządkujących stopy procentowe i ustanawiających reguły oprocentowania obligacji finansujących deficyty państw – powinno być niedopuszczalne forsowanie przez graczy finansowych wysokich, całkowicie nieuzasadnionych oprocentowań takich obligacji. Problemem jest swego rodzaju tyrania roszczących sobie pretensje do nadawania ocen krajom firm ratingowych – nie mających przy tym porządnych merytorycznych kwalifikacji by to robić. To tu leży sfera wpływów nie tylko spychających europejską gospodarkę w kryzys, ale i odbierających krajom Europy ich suwerenność.

Prof. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie dla „W sieci” słusznie zwróciła uwagę na to, co podnosili liczni ekonomiści, że deklaracja wejścia do strefy euro będzie oznaczała, że w okresie przejściowym, w którym będziemy zmuszeni do utrzymywania kursu złotego w ścisłym powiązaniu z euro, możemy zostać wydrenowani całkowicie z naszych rezerw walutowych i będzie to „wyrzucanie pieniędzy w czarną dziurę, pieniędzy, które powinniśmy wydać na rozwój, inwestycje, edukację…”. Ale problem ma głębszy strukturalny wymiar i wiąże się z dalszymi deklaracjami, które nie tylko odbiorą Polsce resztki jakiejkolwiek suwerenności ekonomicznej ale postawią poważne pytanie co do naszego miejsca w Europie.

Po pierwsze, zapomina się, że wejście do strefy euro oznacza, że przy obecnym kursie wymiany nasza pozycja jako uczestników tej zbiorowości narodów będzie bardzo słaba. Problem polega na tym, ze jesteśmy jednym z najbiedniejszych krajów Unii Europejskiej – właśnie w wyniku błędnej, nieprofesjonalnie opracowanej i przygotowanej transformacji i rabunkowej pseudo-prywatyzacji – pseudo, bo faktycznie była gehenną wrogich przejęć. Średnia polska płaca, obecnie ok. 3600 zł, to w przeliczeniu na euro według kursu 4,10 tylko 880 euro, to płaca bardzo niska według standardów Unii Europejskiej, a trzeba pamiętać, że ok. 65%, a może 70% pracowników otrzymuje wynagrodzenie poniżej średniej i tzw. dominanta zarobków stanowi 65% średniej, czyli 2160 zł – nieco ponad 500 euro. To ustawia polskich pracowników w pozycji nędzarzy Europy.

Na marginesie warto dodać, że jest taki paradoks: gdy jesteśmy poza strefą wspólnego pieniądza, umocnienie złotego nam szkodzi, bo stracą eksporterzy (na marginesie warto postawić pytanie -  ilu z nich to polskie firmy?). Ale wejść do Unii warto przy kursie mocniejszego złotego, to by znacznie poprawiło naszą pozycję jako konsumentów i wzmocniło popyt wewnętrzny. Kurs mocniejszy to bliższy temu,  co w ekonomii nazywa się parytetem siły nabywczej – w przypadku dolara kurs rynkowy jest o ok. 40% niedoszacowany w stosunku do parytetu (oznacza to, że złoty powinien być sporo silniejszy dla odzwierciedlenia realnego poziomu życia), w przypadku euro o ok. 45% (samo euro jest w stosunku do dolara przeszacowane).

Ta polska bieda no najważniejszy czynnikiem, bo nie ma co się dziwić, że efektem jest exodus tysięcy ludzi za chlebem, zwłaszcza młodych. Czy kraj, który utracił znaczną część swego majątku produkcyjnego, a jego mieszkańcy, zwłaszcza młodzi, utracili wiarę we własną ojczyznę, ma szanse zająć dobre miejsce pasażera w tym rzekomo odjeżdżającym pociągu unii walutowej? Rozwój przez zaciskanie pasa polegające na tym, że społeczeństwo skazuje się na trwałą biedę to nie jest droga do rozwoju. Drogą do rozwoju jest owszem zaciskanie pasa, ale po to, by zwiększyć własne oszczędności  i z tych oszczędności finansować inwestycje powiększające majątek, który w przyszłości da realny dochód – wzrost produkcji i eksportu przy zatrzymywaniu zysków w kraju. Posiadanie własnych oszczędności wzbogaca, choć oszczędzając wstrzymujemy się z zaspokojeniem wszystkich swych potrzeb i zachcianek. Czyli trzeba dać ludziom zarobić i skłonić ich do oszczędzania tego, co zarabiają. Tymczasem, tracąc własny majątek, tracimy też zyski i potencjalne oszczędności, jakie mogły by być wypracowywane na tym majątku. Czy wejście do strefy euro wzbogaci nas? To pytanie kluczowe.

Po drugie zatem, trzeba postawić kwestię tego, co ekonomiści nazywają konwergencją realną – a chodzi mówiąc ludzkim językiem o podobieństwo faktyczne. Podstawowym kryterium jest relacja płac pracowników, dochodów rodzin w porównaniu z innymi krajami Europy, ale jej podstawową determinantą jest struktura gospodarki i jej własnościowa suwerenność. Szkolny błąd poczyniony przez europejskich polityków, którzy dla „scementowania Unii” powołali unię walutową lekceważąc wyniki badań naukowych nad warunkami, jakie muszą być spełnione, aby takiej integracji dokonać (tzw. teoria optymalnych obszarów walutowych), polegał na zbagatelizowaniu kwestii konwergencji realnej. W rezultacie w jeden organizm wtłoczono – o czym już była wyżej mowa - kraje będące strukturalnie trwałymi eksporterami netto (więcej eksportują niż importują) i kraje będące importerami netto (więcej importują niż eksportują). No bo taka jest logika: jak jedni więcej eksportują, to inni muszą więcej importować. Zatem jedyną polityką, jaka pogłębiającej się chorobie takiego systemu może zaradzić, jest polityka przemysłowa, wyrównująca potencjały gospodarcze krajów ze względu na siłę ich przemysłów – czyli zrównująca bilanse rachunków bieżących przy wspólnym pieniądzu, gdy nie mogą być one korygowane zmianami kursowymi własnej waluty.

Ale po to, by zrozumieć, dlaczego dla krajów o trwałej pozycji importera netto (takich jak Polska) nie jest korzystne wchodzenie do unii walutowej z krajami, które są trwałymi eksporterami netto (jak Niemcy), trzeba zauważyć, jakie są konsekwencje tego braku równowagi w sytuacji, gdy kraje pozostają przy własnych walutach. Wtedy waluta trwałego importera (nazwijmy go krajem P) osłabia się, a waluta trwałego eksportera (nazwijmy go krajem N) umacnia się. Skoro, jak już było powiedziane, w efekcie osłabiania waluty, rośnie opłacalność eksportu w kraju P, to pobudza to jego gospodarkę bo eksporterzy więcej zarabiają, a to sprzyja wzrostowi i powrotowi do równowagi między krajami. W kraju N jego własna waluta umacnia się, jej wartość rośnie i to z kolei pogarsza sytuację jego firm-eksporterów, a jednocześnie zwiększa opłacalność importu (czyli korzystają na tym firmy kraju P).

W ten sposób zmiany wartości walut w obu krajach przywracają równowagę. Wynika z tego wniosek, że kraje – ogólnie mówiąc północy Europy - które są trwałymi eksporterami netto na wspólnym pieniądzu korzystają bardziej niż inne kraje, które są importerami, bo gdyby tego wspólnego pieniądza nie było, to ich waluty (na przykład marka) by się umacniały, co pogorszałoby pozycję eksporterów i spowolniałoby ich rozwój. Wspólna waluta to ewidentna korzyść dla najsilniejszych gospodarek, a strata dla słabszych – tym ona w gruncie rzeczy odbiera suwerenność gospodarczą.

Co prawda złoty wciąż relatywnie się umacnia, ale jest to efektem napływu kapitału spekulacyjnego i innych form inwestycji finansowych, a nie efektem zdrowej przewagi eksportu nad importem. Fakt, że pomimo że jesteśmy trwałymi importerami netto, nasza waluta umacnia się (lub jej kurs jest stabilny pomimo inflacji), w rezultacie czego, jak już zostało powiedziane, nasze rosnące rezerwy walutowe są rezerwami „zgniłymi”, w tym sensie, że pieniądze, które posiadamy są faktycznie naszym długiem, pogarsza naszą sytuację w perspektywie wejścia do strefy euro.

Mówi się wiele o suwerenności. Suwerenny jest ten, kto ma majątek, (w sensie ekonomicznym jest to kapitał, jakim dysponują firmy), zarabia pieniądze, ma zabezpieczoną przyszłość (ma oszczędności). Ile straciliśmy w wyniku utraty majątku gospodarczego – można wyczytać z bilansu płatniczego Polski: transfery zysków i dochodów od wejścia do Unii Europejskiej wyniosły prawie 400 mld zł. To zgniły owoc profesjonalnej niekompetencji sterników polskiej prywatyzacji takich jak brylujący teraz na salonach Brukseli Janusz Lewandowski. W przypadku obywatela Unii powiemy, że jego indywidualną suwerenność definiują te ekonomiczne realia decydujące o jego pozycji ekonomicznej oraz to, że jest pewien, iż w swym państwie zawsze znajdzie oparcie. Ale by tak się stało musi mieć suwerenne państwo – a to takie państwo, które w istniejącym układzie zależności potrafi dla własnej gospodarki wypracować najkorzystniejszą pozycję, ukształtowało względnie suwerenną gospodarkę, przynoszącą jego obywatelom pomyślność. Do strefy euro warto wchodzić dopiero wtedy, gdy taka suwerenność stanie się celem rządzących. A póki co, to euro jest nierealną mitologią.

 

Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło